• Iwona Niepsuj

Ocalić od zapomnienia - wspomnienia o Ludwiku Lizoniu [1/3]


Jego prace zdobiły niejedną wystawę zarówno w kraju jak i za granicą. Laureat wielu nagród i wyróżnień w ogólnopolskich, a także międzynarodowych konkursach rzeźby.

Artysta urodził się w 1952 roku we wsi Rogi. Przyszedł na świat w biednej rodzinie chłopskiej.

Od najmłodszych lat interesował się sztuką. Uwielbiał patrzeć na rzeźbione figurki ludowe, które w tamtych czasach strugali lokalni chłopi. Zachwycał się przydrożnymi kapliczkami oraz rzeźbami w podegrodzkim kościele. Tak bardzo zatracił się w tej pasji, że zaczął samodzielnie uczyć się rzemiosła. Wraz ze swoim starszym bratem urządzali między sobą konkursy w rzeźbieniu. Niestety beztroskie dni nie trwały zbyt długo, starszy brat dostał wezwanie do odbycia służby wojskowej, a po powrocie zajął się obowiązkami w gospodarstwie. Ludwikowi natomiast sen z powiek spędzało Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenera w Zakopanem, do którego bardzo pragnął się dostać. Niestety rodzina nie miała pieniędzy, aby opłacić dojazdy oraz stancję. W tamtych czasach na tego typu szkołę mogły sobie pozwolić tylko dzieci z zamożnych rodzin. Artysta nie miał pojęcia jak spełnić swoje marzenie. Szczęśliwym trafem spotkał na swojej drodze Profesora Hasiora, który jak się okazało pochodził z okolic Nowego Sącza. Dostrzegł potencjał w młodym Ludwiku i zarekomendował mu naukę w szkole plastycznej, o której Ludwik tak marzył. Poinstruował go kiedy i gdzie odbywają się egzaminy wstępne, oraz pomógł w zorganizowaniu stancji. W zamian za to Ludwik pomagał mu w drobnych pracach oraz doglądał jego domu. Młody artysta długo ukrywał swoje pochodzenie. Bał się odrzucenia przez swoich bogatszych kolegów. Niestety każdy sekret musi kiedyś wyjść na jaw. Wiadomość, że Ludwik jest jedynym „chłopem” w klasie, zaskoczyła uczniów. Czarny scenariusz młodego artysty nie spełnił się. Koledzy, dowiedziawszy się o tajemnicy, chwycili Ludwika i zaczęli nim podrzucać do góry. Robili to tak energicznie, że jego buty zostawiły na suficie dużą ilość śladów. Zaskoczonemu nauczycielowi tłumaczyli później, że "Ludwik to nawet po ścianach chodzi". „Piękne w historii mojego taty jest to, że nie miał nic oprócz wspaniałej wyobraźni i talentu. To mu wystarczyło, żeby się wybić. Nie tylko dostał się do upragnionej szkoły, ale także z sukcesem ją ukończył. Poznał tam także wielu wspaniałych ludzi”- to słowa Eweliny, córki Ludwika. Artysta ukończył szkołę w Zakopanem jako jeden z lepszych uczniów. Proponowano mu kontynuację edukacji na Akademii Sztuk Pięknych. Niestety podupadające zdrowie ojca nie pozwoliło mu na to. Ludwik musiał wrócić do domu, zająć się gospodarstwem i podjąć pracę zarobkową. Przez rok pracował jako rzeźbiarz w Spółdzielni Rzemiosła Ludowego i Artystycznego „Twórczość” w Nowym Sączu. Po tym czasie zwolnił się i zaczął pracować na swój rachunek. Ludwik Lizoń na zawsze pozostał blisko sztuki. Angażował się w różne inicjatywy artystyczne - działał sądeckim klubie „Ruch”, był członkiem Nowosądeckiego Ośrodka Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy i Plastyków. Brał również udział w licznych wystawach podczas których z sukcesem prezentował swój dorobek artystyczny. Od 2004 roku pełnił funkcję prezesa Towarzystwa Sztuk Plastycznych, mieszczącego się w grybowskim "Sokole" i skupiającego okolicznych artystów.

Ludwik przeprowadził się do Grybowa na początku lat osiemdziesiątych. Ożenił się, urodziła mu się dwójka dzieci: Ewelina i Sylwester. Małżeństwo rozpadło się, żona wyjechała, a Ludwik zajął się opieką nad dziećmi. W tym czasie przez dom Lizoniów przewijało się wiele artystycznych osobowości. Córka Ludwika, Ewelina do dzisiaj wspomina charakterystyczną starszą Panią (Marię Wnęk - jedną z najbardziej znanych przedstawicielek kręgu art brut w Polsce), która przychodziła do nich malować. Artystka zawsze przed procesem twórczym wypijała herbatę dosładzaną bardzo dużą ilością cukru. Gdy było za mało lub za dużo posłodzone, herbata była niedobra i trzeba było zrobić nową. Mała Ewelina nie rozumiała dlaczego dziwnej starszej pani podczas malowania nie można przeszkadzać i dlaczego mówi do obrazu. Najpierw coś pisze, później to zamalowuje... „Tato powiedział mi, że to jest proces twórczy i wytłumaczył, że czasem ludzie, którzy są inni, nie są rozumiani i szanowani przez otoczenie w jakim żyją. Tłumaczył mi, że tacy ludzie mają własny styl malowania, który nie jest zniekształcony przez naukę naśladowania popularnych technik. Oni tworzą swoją technikę, swój styl i swój świat. Nikt na świecie nie zrobił jeszcze takiego dzieła jak oni. I to jest w nich najpiękniejsze”- wspomina Ewelina. Ludwik bardzo dbał o to, aby swoim dzieciom przekazywać tradycje ludowe. Uwielbiał śmigus-dyngus - „Zawsze był pierwszy do oblewania mamy i nas wodą. Gdy byliśmy starsi, kupił węża ogrodowego, chował się za naszym żywopłotem i psikał wodą ludzi idących chodnikiem”. Zdarzało się, że radosna tradycja tak bardzo zaabsorbowała Ludwika i dzieci, że nie zauważyli nawet, gdy zmoczyli cały dom. O gościnności Ludwika wciąż słychać w Grybowie. Osoby, które miały z nim kontakt, wspominają go jako bardzo serdecznego i kontaktowego człowieka. „Ludwika Lizonia poznałam dzięki Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych w Grybowie, którego członkami oboje byliśmy. Braliśmy udział w wielu organizowanych przez Towarzystwo wernisażach, wystawach. Ludwik był bardzo towarzyskim człowiekiem. Lubił spotkania z innymi ludźmi, nie tylko związanymi ze sztuką. Lubił po prostu posiedzieć, pogadać, pośmiać się. Zawsze można było swobodnie porozmawiać z nim na różne tematy, dlatego mimo rozpadu Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, pozostaliśmy przyjaciółmi. Ludwik lubił zapraszać do siebie znajomych, robił czasem grilla, na którym piekł pstrąga”- tak zapamiętała artystę grybowska malarka Anna Hulacka. Artystę wspomina także wybitny grafik, Bartłomiej Bielniak „Ludwika Lizonia znałem krótko i spotykałem nieregularnie, ale nie da się go nie pamiętać. Moich wspomnień siłą rzeczy nie ma wiele, lecz w mojej pamięci pozostał jako uczynny, przyjazny człowiek, który nie wahał się doradzić i wskazać kierunek twórczy, jeśli sytuacja akurat tego wymagała. Pewnego sierpniowego popołudnia roku 2004 otwierałem w Grybowie swoją wystawę indywidualną rysunku satyrycznego. Pan Ludwik wraz z resztą uczestników wernisażu w Centrum Kultury Plastycznej „Sokół”, po zwiedzaniu ekspozycji, wymianie wrażeń i odczuć, na prośbę moją i Marka Młynarczyka - mojego serdecznego przyjaciela, zgodził się na wspólne zdjęcia na pamiątkę tego ważnego dla mnie wydarzenia. Ponieważ Panowie dysponowali nieco większym ode mnie „mięśniem piwnym”, wyszedłem jako niekompletny element kompozycji na zdjęciu. Pan Ludwik doradził, żebym gonił „mocą brzucha” czołówkę artystyczną, a wtedy zrobimy sobie w pełni udaną fotografię pod względem kompozycyjnym. Za wzór uznał logo marki Mitsubishi (trzy diamenty z punktem styku), co kolektywnie uznaliśmy za ideał do osiągnięcia. To było świetne, humorystyczne zakończenie wernisażu i wesoła pamiątka spotkania z Ludwikiem Lizoniem”.

Sztuka, którą tworzył artysta, nie jest łatwa w interpretacji. Ludwik nigdy nie wypowiadał się publicznie na temat symboliki swoich rzeźb. Odczytanie znaczenia swoich prac pozostawiał odbiorcy. Być może uważał, że każdy może w nich odnaleźć cząstkę siebie, bądź też nie chciał się dzielić z nikim swoimi przeżyciami towarzyszącymi procesowi tworzenia. Tej tajemnicy już nigdy nie poznamy. Nie ulega wątpliwości, że dzieła, które stworzył zasługują na uwagę, a jego talent i osoba na ocalenie od zapomnienia.


Fotografie Iwona Niepsuj oraz profil fb "Ludwik Lizoń" prowadzony przez córkę artysty

















Ostatnie posty
Archiwum