• Kamil Kmak

Wypadek balonowy w Boguszy z finałem w Grybowie, rok 1899


Książka "Airships past and present" (ang. "Statki powietrzne dawniej i dziś"), wydana przez Alfreda Hildebrandta w roku 1908, mieści fascynującą historię wypadku balonowego, jaki zdarzył się pod Grybowem, w łemkowskiej wsi Bogusza, leżącej w dolinie Gór Grybowskich.

W 1899 roku z Berlina przy dobrej pogodzie wyruszył balon z trzema pruskimi notablami. Po dwóch godzinach dotarli do Wrocławia (wówczas Breslau). Z Wrocławia przy pewnych kłopotach z wiatrem, linami i balastem wyruszyli dalej. Wkrótce okazało się, że nie potrafią opanować balonu, który pod wpływem silnego wiatru przemieszczał się szybko na wschód. Przelecieli nad granicą prusko-austriacką i zobaczyli góry. Ostatnie miasto jakie rozpoznali, był to Nowy Sącz, jednak nie zdołali tam sprowadzić balonu na ziemię i ostatecznie rozbili się w Boguszy, w południowej części doliny, w głębokim śniegu. "Na szczęście wzgórza zmniejszyły moc bocznego wiatru", pisze Hildebrandt. Dwóch mieszkańców wsi obserwowało spadający balon, jednak drżeli ze strachu widząc po raz pierwszy takie "diabelstwo". W końcu jednak przemogli się i porozumieli z lotnikami, załadowali balon na sanie i pojechali do wsi. Lokalne władze, zamiast pomocy, zaaresztowały przybyszy jako rzekomych szpiegów... rosyjskich. Lotnicy wymknęli się z gospody, gdzie byli przetrzymywani i przez leśne ostępy dotarli do stacji telegraficznej w Kamionce Wielkiej - tam wezwali pomoc z Grybowa...

Noc spędzili już na wolności, w chacie jednego z chłopów w Boguszy. Magistrat Grybowa przysłał w nocy urzędnika, aby dopilnował gościny.

Następnego dnia lotnicy przybyli do Grybowa, gdzie władze przeprosiły za aresztowanie i przyjęły lotników w "najbardziej przyjazny sposób", do tego wysłały wóz z sześcioma wołami, aby przywiózł z Boguszy balon.

"Wszystko dobre, co się dobrze kończy" - podsumowuje Hildebrandt.

(tekst opublikowany 11 lipca 2012 r.) Poniżej prezentuję dodatkowo własne tłumaczenie oryginalnych fragmentów książki: „Łańcuch Tatr był tak wyraźny, jak to tylko możliwe, widoczny na południowym-wschodzie. Balon leciał z pełną prędkością nad wzgórzami i dolinami i wkrótce sięgnął wierzchołków Karpat. […] w tyle kabiny można było odczuć pionowy prąd powietrza. Wtem balon został miotany we wszystkie strony, a w końcu zaczął rotować ze znaczą prędkością. […] wkrótce lina zawadziła o drzewo i usłyszeliśmy huk, jak wystrzał z broni palnej. Kolejne miejsce jakie rozpoznaliśmy z całą pewnością był to Nowy Sącz, w górach Galicji. […] Nie mogliśmy lądować ze względu na zbyt dużą prędkość. Sądziliśmy, że po drugiej stronie gór znajdziemy odpowiednie miejsce do lądowania, ale pomysł był nie do zrealizowania, ze względu na mgłę skracającą pole widzenia. Otworzyliśmy więc zawór i wylądowaliśmy po południowej stronie doliny w Boguszy.

Spadochron został otwarty na wysokości 30 stóp. Wylądowaliśmy w głębokim śniegu, po przewleczeniu po ziemi na długości około 20 jardów; na szczęście wzgórza ochroniły nas przed szalejącymi wyżej wiatrami.

Po wylądowaniu zauważyliśmy dwóch mężczyzn, którzy, zdawało się, śledzili balon. Wołaliśmy do nich o pomoc, i użyliśmy naszych gwizdków okrętowych, ale ludzie ci zniknęli. W końcu znaleźliśmy ich schowanych za zwałem drewna, trzęsących się od stóp do głów.

Powiedzieli, że nigdy w życiu nie widzieli czegoś podobnego do balonu, i że musi on nosić jakichś posłanników diabła; nieludzki dźwięk wydawany przez liny rozrywające się o drzewa tylko zwielokrotnił ich przerażenie.

W końcu, gdy zobaczyli, że balon prawie zniknął w głębokim śniegu, zdobyli się na odwagę i przyszli nam pomóc. Kiedy pakowanie balonu było zakończone, po wielu nieporozumieniach, głównie ze względu na słabą znajomość lokalnego dialektu, balon został załadowany na sanie i zabrany do wioski. Tutaj dowiedzieliśmy się do miejscowej władzy, że nasza podróż dobiega końca i jesteśmy aresztowani. Nasze działanie było tak podejrzane, że mogliśmy być co najwyżej szpiegami. Ta asumpcja miała zostać potwierdzona przez przełożeństwo w ciągu kilku dni.

Głośno zaprotestowaliśmy, okazując nasze paszporty, ale nie było z tego pożytku. Władza nie potrafiła czytać po niemiecku, więc nasze paszporty okazały się tylko kawałkami tektury. Człowiek odmówił wysłania telegramu do przełożonego, i mając nas za rosyjskich oficerów, traktował nas niezbyt uprzejmie. […]

Zatrzymaliśmy się w karczmie i naszym planem było zdobyć zaufanie jednego z mieszkańców, który mówił po niemiecku, by wysłał w naszym imieniu telegram do naszego ambasadora w Wiedniu. Człowiek ten zgodził się też być naszym przewodnikiem, w związku z czym po zmroku wymknęliśmy się, po 18:30, i poszliśmy piechotą do Kamionki Wielkiej, do najbliższego biura z telegrafem. […] Po trzech godzinach dotarliśmy i wysłaliśmy telegram do magistratu w Grybowie. Uważano za niemądre pisanie do ambasady, zatem porzuciliśmy pierwotny plan i poprosiliśmy władze w Grybowie, by zmusili lokalne władze miejsca, gdzie nieszczęśliwie lądowaliśmy, by wypuścił nas i nasz ekwipunek.

Rozpocząłem więc drogę powrotną, i przewodnik przekonał nas, by spędzić noc w jego chacie, która leżała w lesie, lecz niedaleko od głównej drogi. W kuchni tego domostwa mieściły się różne zwierzęta, a druga izba służyła za sypialnię i bawialnię, mieszcząc i dziatwę, i rodziców, i dziadków. W takich okolicznościach byłem skłonny zjeść tylko kilka jajek, mimo że w istocie byłem bardzo głodny. Rozpoczęła się mocna gestykulacja, by wybić mi z głowy nieposzanowanie gościnności gospodarzy. […]

Położyłem się w pełnym uniformie, ze sztyletem w odpowiedniej odległości, i nie mogłem oprzeć się odczuciu niepewności, wzmaganemu przez dobiegające szepty ojca i syna. Sytuacja była z pewnością mało ciekawa. Znajdowałem się w chacie, poza główną drogą, pośrodku Karpat, wśród ludzi, którzy przypominali zbójników. Nie rozumiałem ani słowa języka, w jakim rozmawiali. Wiedzieli, że mam przy sobie jakieś pieniądze. Moja głowa wkrótce zapełniła się wszystkimi opowieściami o bandytach, jakie słyszałem w życiu. [...]

Na szczęście dla mnie, około 12:30 w nocy dało się słyszeć łomotanie w drzwi. Władze w Grybowie wysłały człowieka z instrukcjami i dotarł na miejsce w środku nocy. Upewnił mnie co do dobrych zamiarów moich gospodarzy, i powiedział, że ich zdaniem to ja chciałem ich zabić, bo dlaczego inaczej kładłbym się do łóżka ze sztyletem. Nagle zacząłem rozumieć ukradkowe zaglądania ojca. […] Żandarm odszedł o 1 w nocy, a ja zasnąłem.

Następnego dnia poszedłem do Grybowa, gdzie wyrażono ogólne oburzenie przebiegiem zdarzeń w urzędzie w Boguszy. Tutaj nie było zresztą zdziwienia z obrotu spraw i zapewniono naprawienie zniewagi poprzez wysłanie sań zaprzęgniętych w sześć wołów, aby przetransportować balon do Grybowa, gdzie Sigsfeld i Haxthausen dotarli po męczącej podróży po południu. Wszystko dobrze, co się dobrze kończy. W Grybowie zostaliśmy przyjęci w najbardziej przyjazny sposób, mimo to rekomendujemy wszystkim balonistom omijanie karpackich puszcz.”

Fot 1. Księżniczka Cecylia, Książę Fryderyk Wilhelm, Orville Wright, Katharine Wright i kapitan Alfred Hildebrant na lotnisku Tempelhof. Wrzesień 1909. Arch. Wright State University. Fot 2 i 3. Kuba Zygmunt, https://www.sadeckiwloczykij.eu/ - cerkiew w Boguszy, dolina Boguszy zimą


Mapa poniżej: Góry Grybowskie z Boguszą na XIX-wiecznej mapie, serwis mapire.eu.


114 wyświetlenia
Ostatnie posty
Archiwum