TaSa(TS) woophy com.jpg

Łemko, Żyd, Polak w Polskim Podziemiu - szlak kurierski przez Grybów w II wojnie światowej

Fot. Tadeusz Sapalski

Deskal na grybowskim Podchełmiu przedstawiający Franciszka Paszka "Kmicica", fot. Kamil Kmak

txu-pclmaps-oclc-6621454-nowy-sacz.jpg

Fragment amerykańskiej mapy U.S. Army z 1944 roku przedstawiający Beskid na południe od Grybowa, po granicę ze Słowacją w Izbach. Źródło: mapywig.org

Alojzy Czapliński, twóca pierwszych struktur Polski Podziemnej w Grybowie, fot. arch. Marty Czaplińskiej-Johansson - córki

Stanisław Młott, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, jeden z grybowian przerzuconych przez "zieloną granicę" w kierunku Węgier; arch. Barbary Młott-Mąkosy - siostry

Kamil Kmak

"Pewne sprawy, które nie powinny być zapomniane, zostały utracone. Historia stała się legendą. Legenda stała się mitem", "nie żyje już nikt, kto pamięta" - tak samo jak słowa Pani z Lothlórien we "Władcy Pierścieni" Tolkiena mógłby zaczynać się prolog do opowieści o grybowskich konspiratorach z czasu II wojny światowej. Parafrazując inne znane słowa, uczyniono "zbyt mało i zbyt późno" - by ocalić pamięć o bohaterskich czynach grybowian w czasie wojennej zawieruchy. Pozostały nieliczne relacje pisemne oraz przekazy w rodzinach, czasem sprzeczne, w większości niepełne, pozostawiające mnóstwo znaków zapytania.

Istniejące w literaturze wzmianki o siatce podziemnej, która zawiązała się w Grybowie już w 1939 r., opierają się przede wszystkim na wiedzy i publikacjach Józefa Bieńka (1911-2002), historyka-dokumentalisty i pasjonata dziejów Polski Podziemnej na Sądecczyźnie, w Beskidzie Niskim i Pogórzu, w tym na Ziemi Grybowskiej. Cytują go inni historycy i dziejopisarze Grybowa, jak Stanisław Osika, Józef Gucwa, obszernie czerpie z niego grybowska monografia ("Grybów. Studia z dziejów miasta i regionu", red. D. Quirini-Popławska). Przy tak szerokim terytorium zainteresowania, na temat jakiego pisał Józef Bieniek, miejsce poświęcone sprawom Grybowa siłą rzeczy było ograniczone, a przekazywane opisy działań zdawkowe, choć z perspektywy czasu praca ta jest nie do przecenienia. Do Bieńka odnoszą się, komentują i dodają swoje materiały kolejne pokolenia badaczy.

Potrzeba napisania tego artykułu narzucała się sama - po przeczytaniu krótkich, operujących skąpymi faktami i samymi nazwiskami (bez przybliżenia stojących za nimi "żywych ludzi") wzmianek o grybowskim szlaku przerzutowym rodziły się pytania - kim byli ludzie organizujący z poświęceniem życia siatkę ruchu oporu, gdzie dokładnie mieszkali, jak wyglądały ich wysiłki, gdzie się spotykali i jak przygotowywali akcje, wreszcie - ile osób udało się uratować, ilu ludzi przeprowadzono grybowskim szlakiem "przez zieloną granicę", "na Węgry"? Po ponad siedmiu latach gromadzenia materiałów postanawiam przekazać je czytelnikom "Sagi" w formie bogato ilustrowanego artykułu, pozostawiając wciąż furtkę dla dalszej eksploracji tematu, ponieważ wciąż nie udało się dotrzeć do obszerniejszych relacji samych uczestników akcji przerzutowych - choć wątpliwe jest samo powstanie takowych. Warunki, w jakich działała siatka patriotów Polskiego Państwa Podziemnego: śmiertelne zagrożenie wsypami w czasie okupacji niemieckiej, a potem zagrożenie ze strony służb Polski Ludowej, trwające po wojnie kolejne przeszło czterdzieści lat zamrożenie tego tematu, sam charakter pracy konspiracyjnej - nie dzielenie się informacjami o akcjach i samym fakcie współpracy z Podziemiem nawet z najbliższą rodziną, zwłaszcza z dziećmi - wszystko to wpłynęło na ograniczenie bazy źródłowej, stwarzając barierę próżni dla chcącego złożyć szczątkowe informacje w jedną spójną opowieść. Nie znamy i pewnie nie poznamy liczb uratowanych na grybowskim szlaku przerzutowym osób, nie wiemy czy były ich dziesiątki, czy może setki.

Przez tych kilka lat udało się natomiast, celowo lub przypadkowo,  dotrzeć do rodzin grybowian zaangażowanych w ruch konspiracyjny - do krewnych Czaplińskich, Pelczarskich, Lipińskich, Paszków, Hnatyszaków, do rodziny Wilczackich wysiedlonej z Florynki k. Grybowa. Bezcennym wkładem niniejszego artykułu do popularyzacji historii grybowszczyzny, dzięki wysiłkowi kilku lat, oraz dzięki uprzejmości rodzin, są fotografie - co trzeba podkreślić - publikowane po raz pierwszy. Monografia Grybowa ("Grybów. Studia z dziejów miasta i regionu") z lat 90., mimo iż zawierała poparte bogatą bazą źródłową opisy przebiegu działań wojennych i partyzanckich na terenie Grybowa, to autorzy zawartych w niej artykułów z rzadka docierali do rodzin opisywanych przez siebie bohaterów Podziemia, a samo trzytomowe dzieło przedstawia bardzo niskiej jakości reprodukcje fotografii, zresztą nielicznych. Z tej przyczyny kolejne roczniki i pokolenia grybowian wyrosły, znając być może historie o grybowskich bohaterach, ale już nie znając ich twarzy, co stanowi mocny uszczerbek w zbiorowej pamięci miasteczka i regionu. Była to sytuacja wymagająca zmiany - która właśnie zachodzi.

Z entuzjazmem publikuję na łamach strony "Sagi Grybów", w ramach Społecznego Archiwym Grybowa, niniejszy artykuł, z którego materiału zdjęciowego spoglądają na nas zapomniani bohaterowie polskiej walki niepodległościowej - Polacy, Łemkowie i Żydzi z Grybowa i Ziemi Grybowskiej.

Innym walorem artykułu, który jak sądzę wzbudzi szersze zainteresowanie, jest przedstawienie reprodukcji oryginalnego artykułu "Łemkowie w służbie Polski Podziemnej" Józefa Bieńka, który, jako przełomowy w historiografii Łemków w Polsce, jest wielokrotnie wspominany i we fragmentach cytowany, lecz nie znajdował się do tej pory w sieci w całości. Fotografię artykułu z "Tygodnika Powszechnego" z roku 1985, wykonaną w czytelni Biblioteki Wojewódzkiej w Krakowie, zamieszczam na prawach cytatu.

Osobną sprawą, jeszcze słabiej udokumentowaną, jest działalność i potencjalna współpraca między podziemiem PPS, na czele z Adamem Rysiewiczem "Teodorem", a pozostałymi komórkami konspiracji niepodległościowej, w przerzutach szlakiem grybowskim. Działalność przerzutowa Rysiewicza wraz z krakowskim oddziałem "Żegoty" opisywana jest jako prowadzona szlakiem przez Nowy Sącz i Piwniczną, jednak krewny "Teodora", Maciej Rysiewicz, pisze: "Dom rodzinny Rysiewiczów był kryjówką lub przystanią dla prześladowanych przez gestapo lub próbujących wydostać się przez zieloną granicę na Węgry i do Rumunii, a potem dalej." - dom ten znajdował się w Wilczyskach, leżących na trasie przerzutowej Tarnów-Grybów-Izby, stąd istnieje podejrzenie, niepoparte źródłowo, że część akcji mogła odbywać się przez Grybów (który leży także na trasie kolejowej i drogowej Wilczyska-Nowy Sącz) (http://pressmania.pl/adam-michal-rysiewicz-pseud-teodor-1918-1944-sprawiedliwy-wsrod-narodow-swiata).

Zacznę nie od literatury naukowej, ale od wspomnień grybowian bezpośrednio zaangażowanych w grybowski ruch oporu, których wspomnienia znalazły się w druku - Stanisława Osiki z Grybowa-Zofinowa oraz bpa Józefa Gucwy z podgrybowskiej Kąclowej.
 

W "Drodze" Stanisław Osika opisuje zawiązywanie się komórek POZ i ZWZ: "W połowie października 1939 roku z inicjatywy mgra Józefa Pietruszy, pseudonim "Berger", odbyło się spotkanie grupy złożonej z podchorążych rezerwy. Byłem uczestnikiem spotkania założycielskiego grupy "Racławice" w Grybowie, której dowódcą został podchorąży Alojzy Czapliński starszy ode mnie o rok. Poza "Bergerem" i Alojzym w zebraniu uczestniczyli: Władysław Radzik z Grodka, student Uniwersytetu Jagiellońskiego, Stefan Gruca i ja. Organizacja "Racławice" należała do Polskiej Organizacji Zbrojnej (POZ). Nie angażowałem się w pracy tej organizacji i nadal poszukiwałemm organizacji prowadzonej przez wojskowych. [...]
W grudniu 1939 r. wstąpiłem do powstałej w Grybowie organizacji, Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Organizację tę firmowali znani mi ludzie: Stanisław Łach - nauczyciel i Stanisław Lipiński - aktualnie szynkarz. Równocześnie powstało w Grybowie wiele takich "trójek", o których szeptano i które nie miały ze sobą kontaktu [...] Placówka "Racławice", która już wówczas była lepiej zorganizowana, odegrała rolę w zimie 1940 roku w przerzutach ochotników do armii Sikorskiego przez granicę ze Słowacją i dalej przez Węgry, Jugosławię, Włochy, do Francji. Trasa przerzutowa była długa - prowadziła przez Tarnów - Grybów - Izby albo przez Tylicz. I była stosunkowo bezpieczna, bo nie słyszano o wpadkach na niej. [...] Tą trasą poszli, jak się to mówiło, na Węgry koledzy Staszek Młott i Jasiek Gomółka z Grybowa. [...]
Pierwszym zadaniem podziemia było gromadzenie broni krótkiej, amunicji do tej broni i granatów obronnych. [...] Zaczęła się pojawiać prasa podziemna. Punktem kontaktowym stała się restauracja Stanisława Lipińskiego. Tam otrzymywałem prasę, trasę i adres odbiorcy [...]".

 

Jak widać z relacji Osiki, ciężar organizacji przerzutów brały na siebie "Racławice", ZWZ pełniło służbę na inne sposoby, jednak Osika mógł nie mieć pełnej wiedzy o współpracy w akcjach przerzutowych, gdyż z opisów wynika, że sam w nich nie uczestniczył.

Józef Gucwa "Szumny" z Kąclowej, partyzant, późniejszy biskup, w książce "Z leśnych koszar do kapłaństwa" wspomina: "Związek Walki Zbrojnej powstał w Grybowie w grudniu 1939 r. Placówkę ZWZ założył Jan Zięba (ps. "Baca") nauczyciel z Grybowa, jego zastępcą był Stanisław Osika, szefem sztabu Stanisław Łach, nauczyciel, zastępcą sztabu Adam Pelczarski, szefem łączności Stanisław Lipiński. Placówka prowadziła akcje przerzutów ludzi na Węgry trasą przez Kąclową i Izby. Pomagali w tym zwerbowani Łemkowie - Józef i Grzegorz Wilczaccy z Florynki." (nb - wielu autorów przepisuje błędne imię jednego z braci Wilczackich - Józef, zamiast prawidłowego - Jan).

Przejdźmy zatem do relacji znawcy tematu, który działalność Polskiego Podziemia niepodległościowego rejonu Grybowa badał kilkadziesiąt lat, Józefa Bieńka.

"PRZERZUTY
Problem  ten  zaistniał  najwcześniej,  bo  już we wrześniu 1939 r. Zapoczątkowali  go  żołnierze  rozbitych  armii  przekraczając w  poje­dynkę  lub  grupowo  granicę  rumuńską  i  węgierską.  Ale  główną treścią  przerzutów  stała  się  dopiero  fala  uchodźców  cywilnych, jaka  ruszyła  z  kraju  na  wieść  o  powstającej  we  Francji  armii polskiej  pod  dowództwem  gen.  Władysława  Sikorskiego. Na pierwszy rzut poszli tędy oficerowie wojsk  lotniczych i for­macji  zmotoryzowanych  oraz  innych broni,  którym udało się  uni­knąć  w  czasie  wrześniowej tragedii  śmierci, ran lub obozu jenieckiego, a dla których pobyt w  kraju oznaczał serię najgorszych niespodzianek. Równocześnie rwała się w świat  przepojona patrio­tyzmem, idealizmem i  gorącą miłością Ojczyzny  młodzież szcze­gólnie akademicka, a nawet gimnazjalna. Trzecią kategorią uchodź­ców byli ludzie  szczególnie  zagrożeni  za  swoją  antyfaszystowską  postawę  w  latach  międzywojennych  oraz  działacze  polityczni  i  spo­łeczni, angażowani w pracach rządu emigracyjnego i agentur wojskowych. Szli wreszcie członkowie rodzin osób  przebywających już na emigracji  i ich znajomi, szli żołnierze,  którzy rozpoczętą we wrześniu walkę chcieli kontynuować nadal. [...] 
Na interesującym nas terenie ziemi sądeckiej punktami wyjściowymi były Grybów i Nowy  Sącz. Z Grybowa wiodły dwa szlaki: przez Florynkę, Izby, Przełęcz Beskidzką, Bardiów i Preszów do Koszyc, lub przez Florynkę, Tylicz, Przełęcz Tylicką i Preszów do Koszyc. Z tym, że drugi wariant  łączył się w Tyliczu ze  szlakiem krynickim. [...]
GRYBÓW 
Mimo trudności, jaką była duża odległość od granicy, przecież i tędy wyszło na szlak żołnierza-tułacza kilkaset osób. Przerzutami trasy grybowskiej, zorganizowanej przez  tutejsze komórki  ruchu oporu,  szli  ludzie z  Krakowa, Tarnowa i Gorlic, kierowani  przez ośrodki  przerzutowe ZWZ, POZ i „Racławice". Na terenie Grybowa etapami przerzutowymi kierowały  specjal­ne  zespoły w ramach ZWZ i POZ, na czele których stali Jan Zięba i mgr  inż.  Alojzy  Czapliński. 
Szlak grybowski prowadził do Florynki, gdzie uchodźców przej­mowali  przewodnicy  z  rodzin łemkowskich  Józefa  i Grzegorza  Wil­czackich. Stąd trasa wiodła przez Banicę, Izby i Przełęcz  Beskidzką· lub przez Tylicz do Bardiowa, Preszowa, Koszyc i Budapesztu. 
Przerzuty trasą grybowską zlikwidowała w styczniu 1941 r. sądecka „wsypa" i związane z nią aresztowania na terenie Grybowa."


(J. Bieniek, "Między Warszawą a Budapesztem" w: "Rocznik Sądecki" t. IX, Nowy Sącz 1968)

Józef Bieniek szacuje zatem skalę działania i sukcesu grybowskich komórek na kilkaset osób. Podawane nazwiska są zatem prawdopodobnie jedynie wycinkiem z szerokiego grona osób zaangażowanych w działalność przerzutową, która przecież była przedsięwzięciem wielozadaniowym.

"[...] tysiące  ludzi  pognał  dziejowy  wiatr  ku  bes­kidzkim  przełęczom,  pełniącym  wówczas rolę  bram  na  wolny  świat. I  z  tą  chwilą  zaczęła  się  wielka  służba  ziemi  sądeckiej  w granicz­nym  ruchu  oporu.  Służba  trudna  - bo  obwarowana  bezustanną grozą  śmierci  czy więzienia  - obozowej  gehenny,  bo  okupiona setkami  istnień  ludzkich  wymordowanych  za  pracę  w  przerzutach czy  choćby  tylko  za  pomoc  uchodźcom. [...]
Pomoc, z jaką mieszkańcy  Sądeczyzny wyszli naprzeciw uchodź­czych potrzeb, polegała przede wszystkim na: a) udzielaniu kwater, noclegów i wyżywienia w okresie wyczekiwania na  przerzut,  co trwało  niekiedy  do  dwóch  tygodni; b) organizowaniu całych siatek trudniących  się  przerzutem, jak to miało miejsce w Piwnicznejze strony  Pawła Libera;  c)  kontaktowaniu  poszczególnych  grup uchodźczych  z  organizacjami  i osobami prowadzącymi  przerzuty, względnie  pośredniczącymi z siatkami przerzutowymi; d) przepro­wadzaniu przez  tutejszych  przewodników grup  uchodzących i kurie­rów przez granicę; e) zaopatrywaniu  uchodźców  w „lewe"  doku­menty  osobiste,  zaświadczenia  itp.;  f)  udzielaniu pożyczek pie­niężnych osobom,  które  znalazły się nad granicą bez grosza przy duszy; g) dostarczaniu waluty czechosłowackiej i węgierskiej, wzgl. pomocy przy wymianie polskich pieniędzy na zagraniczne, co było konieczne  choćby  dla  zakupu  biletów  kolejowych  czy  autobuso­wych na obcym terenie;  h) prowadzeniu wywiadu w strefie gra­nicznej i organizowaniu  środków bezpieczeństwa dla przerzuca­nych  osób."


Dzięki temu podsumowaniu Józefa Bieńka jesteśmy w stanie wyobrazić sobie zakres pracy organizacyjnej, logistycznej, zaopatrzeniowej, łączniczej, jaka musiała być wykonywana wokół samych faktów "przeprowadzenia" przez granicę. Tutaj dochodzimy do ciekawego rysu szlaków przerzutowych w Ziemi Sądeckiej i Grybowskiej, tj. współpracy polsko-łemkowskiej.

Nagrobek "Bergera" - Józefa Pietruszy - na cmentarzu w rodzinnej Kobylance k. Gorlic

Stanisław Osika, fot. arch. LO w Grybowie

Stefan Gruca, konspirant POZ, partyzant ZWZ, AK, zginął 1 września 1944 w zasadzce niemieckiej; fot. arch. LO w Grybowie

Góry Grybowskie, fot. Kamil Kmak

Cerkiew we Florynce, fot. Kamil Kmak

Beskid Niski na południe od Grybowa, w oddali Lackowa nad Izbami i Bieliczną u źródeł rzeki Białej, fot. Kamil Kmak

Bardejów na Słowacji, miasto etapowe przerzutów trasą grybowską do Koszyc i dalej na Węgry, oddalone od Grybowa o ok. 60 km; fot. Kamil Kmak

Fot. archiwalnego numeru "Tygodnika Powszechengo" z 1985 r. z przełomowym artykułem Józefa Bieńka "Łemkowie w służbie Polski Podziemnej", Biblioteka Wojewódzka w Krakowie, fot. Kamil Kmak

1-DSCN5811.JPG

Pieczęć i podpis Aleksandra Hnatyszaka, łemkowskiego urzędnika zamieszkałego w Grybowie, Akta miasta Grybowa, Arch. Narodowe w Krakowie

1-Aleksander.jpg

Aleksander Hnatyszak, Łemko, grybowianin, członek Związku Walki Zbronej, ofiara Auschwitz, arch. Olgi Hnatyszak-Myśliwiec - córki

foto_3607.jpg

Aleksander Hnatyszak, Łemko, grybowianin, członek Związku Walki Zbronej, ofiara Auschwitz, arch. Muzeum Auschwitz

Łemkowie Grzegorz Wilczacki z Florynki i grybowianin Aleksander Hnatyszak na Pomniku Ofiar Faszyzmu w Parku Miejskim w Grybowie, fot. Kamil Kmak

Cytuję in extenso przełomowy dla historiografii Rusinów-Łemków w Polsce tekst Józefa Bieńka, tym razem z "Tygodnika Powszechego" z 1985 r.

"Łemkowie znani byli przede wszystkim z absolutnej uczciwości. poza tym cechowała ich rzadko spotykana prostolinijność, surowy tradycjonalizm, wielka bezpośredniość i serdeczna gościnność. Te właśnie walory, połączone ze świetna znajomością terenu po obu stronach granicy - stworzyły w pewnych kręgach uchodźctwa swoiste przeświadczenie, że kto odda swój los w ręce Łemka przewodnika - osiągnie zamierzony cel z absolutną pewnością.
Przeświadczenia takie narastały w miarę napływu do kraju wiadomości z Węgier, od tych, którzy właśnie przy pomocy Łemków osiągnęli pierwszy etap tułaczej drogi - Budapeszt, i którzy wybierającym się w ich ślady polecali łemkowskie usługi. W Sądeczczyźnie współpraca polsko-łemkowska zaczynała się w Grybowie, gdzie przerzuty prowadzone przez tamtejszą placówkę ZWZ obsługiwali dwaj Łemkowie, bracia Grzegorz i Józef Wilczaccy z Florynki. Najaktywniejsza w niesieniu pomocy uchodźcom była Muszynka. Wieś wciśnięta klinem między zespół osiedli słowackich, zamieszkana w całości przez Łemków - miała idealne warunki do przekraczania granicy. [...]
Postawa taka została okupiona szeregiem ofiar. Zginęli w Oświęcimiu Łemkowie: Józefa Bartosz, Dymitr Galik, Konstanty Galik, Wasyl Halczak, Marek Kapuściński, Ludwik Smoczyński, Grzegorz Węgrzynowicz i jego brat Władysław. Powrócili z więzień i obozów: Mikołaj Halczak i Józef Pańczak. . Świetna znajomość terenu i ludzi oraz wielka dyskrecja z jaką Łemkowie traktowali problem przerzutów - zachowała ich od wsyp i zdrad. Wsypy zdarzały się tu o wiele rzadziej, niż to miało miejsce w rejonach, gdzie przerzuty odbywały się wyłącznie w oparciu o element polski. Główną przyczyną strat łemkowskich byli sami uchodźcy, którzy aresztowani na Słowacji i przekazaniu gestapo nie zawsze zdołali wytrzymać tortury śledztwa i załamywali się, ujawniając adresy łemkowskich przewodników.
Poza wspomnianym już Gromosiakiem, zginęli w więzieniach i obozach za udział w podziemiu: Antoni Demczak i dr med. Stefan Durkot z Nowego Sącza, mgr praw Aleksander Hnatyszak z Grybowa, Wasyl Dubec, Grzegorz Klucznik, Jan i Grzegorz Wilczaccy z Florynki, Wasyl Porucznik i Piotr Rydzanicz z Mochnaczki Niżnej, Jan Peregryn z Powroźnika, dr praw Orest Hnatyszak wraz z synem Igorem z Krynicy, Teodor Rusyniak z Wierchomoli Wielkiej oraz Danyło Kostyszak, Teodor Kostyszak, Jan Cieniawski, Izydor Cieniawski i Wasyl Łychański z Muszynki. Do listy ofiar łemkowskich, zaliczyć trzeba także krynickiego studenta, Igora Trochanowicza, który aresztowany za przeprowadzenie grupy Polaków w listopadzie 1939 roku - trzy lata przebywał w więzieniach i obozach.

Są to oczywiście okruchy wielkiej całości, której opracowanie jest bardzo trudne ze względu na brak materiałów źródłowych i rozproszenie Łemków po różnych rejonach Ukrainy oraz ziem nad Odrą i Nysą. Ale gdziekolwiek są - niech będą przekonani, że ich często bohaterska postawa na wspólnym froncie z Polakami, froncie walki z hitlerowskim najeźdźcą nie została zapomniana."

 

Łemko Aleksander Hnatyszak należał do grybowskiej inteligencji, pracował jako urzędnik państwowy - komornik - w grybowskim sądzie. Urodził się w Czarnem k. Gorlic jako syn Gabriela i Teodory zd. Kopystiańskiej w roku 1890. W Grybowie zamieszkiwał wraz z żoną Józefą zd. Bukowską z Muszyny, ur. w 1908 r. oraz córką Olgierdą 1934 r. w Bieczu, trzy miesiące po narodzinach córki, w grudniu tego samego roku.
Za współpracę z Polskim Podziemiem zapłacił najwyższą cenę. Do Auschwitz trafił 30 sierpnia 1940 r., zginął 1 maja 1943 r.

Bracia Jan i Grzegorz Wilczaccy, synowie Michała i Krystyny zd. Planka, mieszkali we Florynce obok pomnika żołnierzy węgierskiej z I wojny światowej. Jeden z ich braci, Gabriel, został zastrzelony przez Niemców na początku okupacji za niewykonanie rozkazu, co spowodowane było jego głuchotą. Aresztowania uniknął brat Cyryl, który ukrył się w śnieżnej zaspie, co przypłacił ciężkim trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. 
Jan Wilczacki zginął 19 października 1943 r. w obozie Flossenbürg.
Grzegorz (Hryc) Wilczacki zginął w Auschwitz 10 września 1942 r. Zostawił w żałobie żonę Anastazję i córkę Teodozję.
Rodzina Wilczackich, mimo poświęcenia i ofiary na rzecz Polski, została się na równi z całą społecznością łemkowską Florynki, i ogólnie Łemkowyny, wysiedlona w 1947 r. w akcji "Wisła" na ziemie zachodnie, tzw. Ziemie Odzyskane.

 

Obraz 006.jpg
Obraz 008.jpg

Seweryn A. Wisłocki w artykule "Kurierskie szlaki przez Łemkowszczyznę" na portalu beskid-niski.pl tak odniósł się do pracy Bieńka, cytując wywiad z Bazylim Sową, jednym z łemkowskich kurierów, w którym zawarte są cenne szczegóły, pozwalające uzmysłowić sobie wyzwania pracy przerzutowej. Zwraca też uwagę na pomijany fakt, że współpraca z Polskim Podziemiem była konieczna nie tylko ze strony Rusinów-Łemków w Państwie Polskim, ale również z Rusinami na terenie Słowacji.

"Praktycznie, na ten temat [współpracy łemkowsko-polskiej w II wojnie światowej] pisał kompetentnie i uczciwie jeden człowiek. Był nim Józef Bieniek z Nowego Sącza, autor źródłowych, mających charakter dokumentu, publikacji. [...] Proszę tylko pomyśleć jak wygląda w świetle faktów walki ramię w ramię Łemków i Polaków w szeregach AK przeciw Niemcom, ich współpracy przy organizowaniu i utrzymywaniu szlaków kurierskich i przerzutowych do Budapesztu - podstawowa motywacja Akcji "Wisła" o powszechnie wrogim nastawieniu Łemków do Polski, Polaków i wyłącznym wspieraniu przez nich oddziałów UPA?! Józef Bieniek opublikował dużo materiałów źródłowych na temat, w tym również sylwetki znaczniejszych kurierów łemkowskich, jak choćby słynnego z bohaterstwa i nieprawdopodobnej pomysłowości Stefana Węgrynowicza. Jednak, jak sam przyznaje, na skutek rozproszenia Łemków, do wielu informacji nie mógł dotrzeć. [...] nagrałem szereg rozmów z Bazylim Sową na temat szlaków kurierskich przez Łemkowszczyznę i sytuacji na tym terenie w okresie okupacji hitlerowskiej. Św. pamięci Bazyli Sowa sam był łącznikiem między placówką przerzutową w Łabowej a Krynicą. Do czasu aresztowania mojego dziadka Harasyma, prowadził ludzi do niego, do kryjówki jaka znajdowała się w piwniczce pod stodołą, od strony potoku Kryniczanka. W piwniczce tej trzymało się wielkie kamionkowe gary z mlekiem, śmietaną, beki z kiszoną kapustą. Wśród nich siedzieli oficerowie polscy i inni ludzie oczekujący na bezpieczne przejście przez "śtrekę" i las do Tylicza. [...]


- Bieniek napisał o Łemkach uczciwie - mówił Bazyli Sowa - ale dużo pominął, bo nasi ludzie wyjechali. Nie mógł wiedzieć o różnych placówkach, bo u nas była taka konspiracja, że mało co który wiedział o drugim. I nic się nie gadało. To nas chroniło od wsypy. Polak, nieraz i to bardzo odważny, wypił wódki i za dużo gadał, a drugiego dnia już wisiał za wykręcone do tyłu ręce na haku u sufitu na gestapo w Muszynie. Ci ludzie z Polski nie mogli przyjść do nas, na nasze placówki nad samą granicą, ot tak sobie, sami od siebie. Byli kierowani z Nawojowej albo Nowego Sącza przez łączników, którzy tym się specjalnie zajmowali. Nasi ludzie ich przejmowali i potem przekazywali dalej. Tego już nigdy nie odtworzymy, bo wysiedlili ich na Ukrainę, resztę na zachód i tak się zgubiły ślady tych placówek konspiracyjnych, przez które prowadziły szlaki przerzutowe. To były bardzo skomplikowane działania i zawsze niebezpieczne. Nie można było wtedy ot, tak sobie iść drogą. Wszędzie była niemiecka żandarmeria, polska granatowa policja i sprowadzona tutaj policja ukraińska - "siczowcy". [...]
Był piękny zwyczaj łemkowski wyposażania idących przez granicę uciekinierów w jedzenie. Od wieków nie wypuszczano u nas nikogo w daleką drogę bez jedzenia. Było tak: wypiekano ogromne, okrągłe chleby wiejskie, potem cięto je na ćwiartki, a w każdej wykrawano taką "studzienkę". Jak chleb ostygł, ładowano do niej masło i zakrywano zdjęta z wykrojonego miękiszu skórka. Każdy z uciekinierów dostawał taką porcję chleba i masła na drogę. To się nazywało "meryndia". Ładnie brzmiące słowo, pochodzenia chyba rumuńskiego.


Policja, jeżeli ktoś wydał się jej podejrzanym, to sprawdzała, czy on jest prawdziwy Łemko, przez modlitwę. Kazali wtedy szybko i bez zająknięcia modlić się po łemkowsku lub ukraińsku. Gdy ktoś się pomylił, zająknął, źle przeżegnał - to już był koniec. Wpadka. Był to jeden z głównych powodów, dla którego Polacy działający w podziemiu na naszym terenie musieli być chronieni przez Łemków, musieli korzystać z ich opieki i instruktażu.


- Trzeba koniecznie sprostować - postulował śp. Bazyli Sowa - to, co piszą po wszystkich rocznikach i innych wydawnictwach, że Łemkowie przekazywali Polaków po drugiej stronie granicy Słowakom. Przecież to nieprawda. Oddawali tamtejszym Rusinom (Łemkom). Słowacy byli bardzo niepewni. To byli wredni ludzie, a "hlinkowcy" byli zażarci jak psy wściekłe, gorsi os "siczowyków". Nasi kurierzy i przewodnicy w ogóle im nie ufali. Myśmy mieli swoje, łemkowskie szlaki i nigdy na nich nie było żadnych wpadek. Wpadki, jakie zdarzały się na Słowacji ludziom przeprowadzonym przez Łemków, wszystkie miały miejsce poza terenem słowackiej Łemkowszczyzny."
(http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/historia/kurier)

"

Fotografie, od lewej: Alojzy Czapliński; dom Czaplińskich na grybowskim Przedmieściu; Janina Czaplińska; fotografia lotnicza Grybowa z lat 50. - ulica Węgierska i Przedmieście (fot. Kamil Kmak, arch. Marty Czaplińskiej-Johansson, arch. K.Kmaka)

Wracając do historii podziemia na Grybowszczyźnie, trzeba oddać zasługę osobie o grybowskich korzeniach, urodzonej w Lipicy Górnej k. Stanisławowa na Podolu, Janinie Czaplińskiej. W 1928 r. jako dwunastolatka przeniosła się z rodzicami do Grybowa, rodzinnej miejscowości ojca, Władysława (Władysław był synem Piotra Czaplińskiego i Marii zd. Zygadło, ur. 1873 r. w Grybowie, z bardzo rozgałęzionego grybowskiego rodu Czaplińskich). Było to związane z jego przejściem na emeryturę w Polskiej Policji. Po ukończeniu 6 klas szkoły podstawowej w Stryju i klasy siódmej w Grybowie, Janina rozpoczęła naukę w Krakowie. W 1935 r. zdała maturę i rozpoczęła studia psychologiczne na wydziale filozoficznym. Jako bywalczyni salonów profesorskich tak Krakowa, jak również Warszawy, nie zapomniała o swoich korzeniach "na prowincji" - zainteresowała się losem studiującej młodzieży wiejskiej. Związała się z Centralnym Związkiem Młodej Wsi „Siew”. W chwili wybuchu wojny i z nastaniem okupacji niemieckiej posiadała rozległą siatkę znajomości zarówno w kręgach miejskiej inteligencji, w Krakowie i Warszawie, jak i kontakty na peryferiach kraju. Zaproponowano jej pracę dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Początkowo odmówiła. W maju 1939 r. zmał jej ojciec Władysław. Po aresztowaniu krakowskich profesorów udała się na Boże Narodzenie 1939 r. do matki, Agnieszki, do Grybowa. Tam, w domu przy ul. Przedmieście, odwiedzili ją koledzy z Warszawy, by namówić ją na działalność konspiracyjną. Kilka miesięcy spędziła na tworzeniu siatki kontaktów w południowej Polsce. 
Pracując w Delegaturze Rządu na Kraj, w biurze prezydialnym Delegata Rządu, pełniła funkcję łączniczki, o pseudo „Aleksandra”, potem pełniąc funkcję kierownika łączności – „Biruła”. (Muzeum Powstania Warszawskiego, Archiwum Historii Mówionej: wywiad z Janiną Czaplińską z 5.02.2005 roku, dostęp 25.07.2021)

Według St. Dąbrowy-Kostki ("Grybów. Studia...") to Janina skierowała Józefa Pietruszę "Bergera" do swego brata Alojzego w Grybowie. W POZ-"Racławice" zaprzysiężono też matkę rodzeństwa, Agnieszkę. W domu Czaplińskich na Przedmieściu znajdował się punkt kontaktowy. "Grybowska placówka "Racławic" i POZ kolportowała wiadomości radiowe z własnego nasłuchu i drukowane centralnie czasopisma [...]".
.
W tym samym czasie jej brat, Alojzy Czapliński, kreował siatkę POZ w Grybowie i organizował pierwsze akcje przerzutowe. Tutaj znów oddaję głos Józefowi Bieńkowi ("Wojskowy Ruch Oporu w Sądeczyźnie część III - placówki" w: "Rocznik Sądecki" t. XIV, Nowy Sącz 1973):

"W kręgu Grybowa i najbliższej okolicy działało kilka grup konspiracyjnych powiązanych z Nowym Sączem i Gorlicami, a nawet Tarnowem, przy czym każda z nich mogłaby uchodzić za reprezentację tego terenu na obszarach ruchu oporu w ziemi sądeckiej. Nas jednak interesować będą wyłącznie te formacje grybowskiego podziemia, które występowały jako oficjalne· placówki konspiracji wojskowej, w ramach znanych i rejestrowanych w aktach poszczególnych komend obwodu Nowy Sącz.

Pierwsza tego typu placówka powstała w Grybowie w połowie października 1939 r. z inicjatywy zespołu podchorążaków w składzie: Lotar Baran, Alojzy Czapliński, Stefan Gruca, Stanisław Osika, Adam Pelczarski, z którymi współpracował bardzo aktywnie Władysław Radzik z Gródka. Grupa ta, inspirowana przez mgra Józefa Pietruszę, pseudonim „Berger" z Kobylanki i przez niego dysponowana, należała ideologicznie do „Racławic", a następnie do Polskiej Organizacji Zbrojnej (POZ), stanowiąc chyba jedyne w Sądeczyźnie ogniwa tych formacji, powiązane oficjalnie z obwodem gorlickim. Grupa ta dowodzona przez A. Czaplińskiego rozrosła się mocno, obejmując Grybów i okoliczne miejscowości. Sam Czapliński po specjalnym kursie łączności konspiracyjnej w Warszawie zorganizował sieć łącznikową między Krakowem a Kobylanką, gdzie w mieszkaniu mgra Pietruszy mieścił się główny punkt wymiany poczty na trasie Kraków - Rzeszów. On też zorganizował punkt przerzutu uchodzców z Polski, którzy z Grybowa trasą przez Florynkę i Tylicz lub Izby szli na Słowację. Placówkę Czaplińskiego rozbiła wielka seria aresztowań w marcu 1941 r., będących wynikiem sądeckiej wsypy ZCZ i ZWZ. Wprawdzie Czapliński i jego koledzy tym razem uniknęli więzienia, ale ścigani musieli przenieść się na inne tereny. Z ich odejściem „Racławice" i POZ przestały w Grybowie istnieć, zaś pozostali na wolności konspiratorzy zasilili szeregi ZWZ.

Fotografie, od lewej: Adam Pelczarski; dom Pelczarskich, Biała Niżna 1; Julia z Wiatrów i Adam Pelczarscy (arch. Anny Pękali-Capik, fot. Kamil Kmak)

Jednym z pierwszych założyieli komórek Polski Podziemnej w Grybowie był zamieszkały w Białej Niżnej Adam Pelczarski. Był adiunktem katastralnym, przedstawicielem dość licznej grybowskiej inteligencji. Urodził się w 1888 w Brzozowie, ożenił się z Julią z Wiatrów, córką Stanisława i Antoniny zd. Biedroń. Wychowywali synów Eugeniusza i Adama oraz córkę Janinę. Rodzina Julii, Wiatrowie ze Stróż (sąsiadujących z Białą Niżną), znana jest ze swoich słynnych partyzantów i konspiratorów: Narcyzna Wiatra "Zawojny" i Alojzego Wiatra "Zawieruchy". Można przypuszczać, że w domu Pelczarskich w Białej Niżnej krzyżowały się drogi konspiratorów POZ, ZWZ (później AK) i BCh. W domu Pelczarskich ponoć przechowywano również parę Żydów. Temat domaga się dalszego opracowania.
Adam Pelczarski za działalność na rzecz Polski został zresztowany i trafił do Auschwitz 20 lutego 1942 roku. Zmarł już po miesiącu, 21 marca.

Podaję za St. Dąbrową-Kostką ("Grybów i okolice podczas II wojny światowej" w: "Grybów. Studia..."):

"W marcu 1941 arsztowano dwudziestu sześciu spośród najwartościowszych żołnierzy grybowskiej placówki ZWZ - między innymi Lotara Barana, Stefana Bodaka, Stanisława Lipińskiego, Jana Kiełbasę, Aleksandra Hnatyszaka, Adama Pelczarskiego, Mieczysława Stocha, Władysława Rogozińskiego i Stanisława Proroka. [...] Aresztowania trwały. 10 VII 1942 ujęli gestapowcy Jana Ziębę i Stanisława Osikę, a 13 VIII Jana Święsa, dowodzącego plutonem w Kąclowej i jego zastępnę Romana Kamińskiego."

Alojzy Wiatr został zakatowany w więzieniu gestapo w Jaśle 17 lutego 1944 roku. 
Narcyz Wiatr padł ofiarą powojennych rozrachunków, zastrzelony przez członka UB na krakowskich Plantach 21 kwietnia 1945 r.

Adam Pelczarski, fot. arch. Muzeum Auschwitz

Nagrobek rodziny Pelczarskich i Pękalów na cmentarzu w Grybowe, fot. Kamil Kmak

Fot. i opis z książki "Z leśnych koszar do kapłaństwa" bpa Józefa Gucwy, podkomendnego "Kmicica"

Fragment widokówki ze zbiorów S.Dziadzio przedstawiający browar Franciszka Paszka w Siołkowej k. Grybowa

Franciszek III Paszek "Kmicic", fot. arch. Francoise Paszek - córki

Widok z okna domu Czaplińskich na dom Schagrinów na Przemieściu w Grybowie, fot. Kamil Kmak, dzięki uprzejmości pani Marty Czaplińskiej-Johansson, córki Alojzego Czaplińskiego "Orlika"

Grybowscy Żydzi Hersch i Chaja Schagrinowie, zamieszkali przy ul. Przedmieście w Grybowie, ofiary Akcji Reinhardt, zginęli w raz z pięciorgiem dzieci w komorach gazowych Bełżca  w sierpniu 1942 r., arch. Leona Schagrina

Pomnik "Bohaterom Ziemi Grybowskiej" obok kaplicy na grybowskim Podchełmiu, w tle deskal z Franciszkiem Paszkiem "Kmicicem", powstały w 2020 roku w ramach projektu "Cichey Memoriał - Grybowska Saga", rozwiniętego przez stowarzyszenie Saga Grybów we współpracy z artystą Arkadiuszem Andrejkowem, fot. Kamil Kmak

Wróćmy do opisu Józefa Bieńka z "Rocznika Sądeckiego".

"Odrębną  pozycję  w  grybowskim  ruchu  oporu  stanowi  browar  na  tak  zwanych  Strzylawkach,  będący  wówczas  własnością  polsko-fran­cuskiej  rodziny  Paszków.  Na  terenie  browaru  istniała  silna komórka ZWZ,  którą  zorganizował  i  kierował  syn  właściciela browaru,  Franci­szek,  pseudonim  „Kmicic".  W  lutym  1943  r.  gestapo dokonało  najazdu na  browar  i  za  nieobecnego  „Kmicica"  aresztowało  jego  matkę  Mariet­tę  z  Marlerów  Paszkową.  Zmuszony do  ukrywania  się  oddał  swe  siły w  zupełności  sprawom  ruchu oporu,  stając  się  jednym  z  organizatorów oddziału  partyzanckiego  i  w  końcu  jego  dowódcą."

St. Dąbrowa-Kostka ("Grybów. Studia...") podaje taki oto ustęp, powołując się na relację samego Paszka:

"Grybowska placówka [ZWZ] współpracowała z sąsiednimi, leżącymi na trasie przerzutów granicznych, wiodącej z Tarnowa do rejonu Krynica-Tylicz. Łemkowie Józef [właściciwe: Jan] i Grzegorz Wilczaccy z Florynki przeprowadzali kurierów i uciekinierów przez granicę. Franciszek Paszek ze Strzylawki koło Starej Wsi [dziś: Siołkowa], który pierwsze kontakty konspiracyjne nawiązał w Bobowej z kpt. N. Wiśniewkim już w 1939 r., organizował przerzuty korzystając z usług nieznanego z nazwiska Żyda zajmującego się szmuglem piwa."

Kim był ów nieznany z nazwisk grybowski Żyd? W Grybowie, na Przedmieściu, Węgierskiej i Sandeckiej, mieszkało kilka rodzin żydowskich fiakrów, którzy posiadali wozy i konie. Przewożenie towarów i ludzi było ich głównym źródłem utrzymania - były to rodziny Samuela Goldmana, Leiba Goldmana, Herscha Schagrina, Abrahama Bauernfreunda. Z relacji Leona Schagrina, syna Herscha, wynika, że ojciec potajemnie brał udział w przerzucie oficerów przez granicę w 1939 i 1940 r. Szmuglowano również mydło, przyprawy itp. 13-letniego wówczas chłopca ojciec nie wtajemniczał w swoje sprawy, załatwiane nocą i szeptem, cała wiedza dziecka pochodzi z podsłuchanych rozmów. Nie ma dowodów, że Paszek współpracował w przerzutach z innymi komórkami podziemia. Poszlaką jest jedynie fakt, że dom rzekomych współpracowników Paszka, Schagrinów, sąsiaduje z domem Agnieszki, Janiny i Alojzego Czaplińskich. 
W książce biograficznej Leona Schagrina "The Horse Adjutant" (wyd. Shooster Publishing, 2011) wspominana jest pomoc niesiona, pod osłoną nocy i w konspiracji, grybowskim Żydom przez nie nazwanego z imienia Łemka ze wsi Banica k. Izb. Ten sam Łemko współpracował z Herschem Schagrinem w szmuglerce towarów, być może również w przerzutach ludzi przez "zieloną granicę". Pozostaje to jednak w sferze domniemań.

Jeżeli relacja Paszka, potwierdzona przez małoletniego wówczas Leona Schagrina, jest prawdziwa, możemy mówić o ciekawym rysie grybowskiego szlaku przerzutowego. Dzięki współpracy polsko-łemkowsko-żydowskiej grybowska placówka zdołała przerzucić przez "zieloną granicę" na Słowację i dalej na Węgry i Zachód prawdopodobnie dziesiątki żołnierzy i oficerów, w tym kilkoro grybowian, jak np. Stanisława Młotta.


Znamy zatem już twarze kilkorga bohaterów grybowskiego szlaku przerzutowego. Rzadko jednak mamy okazję natrafić na relacje przerzuconych oficerów czy uciekinierów. 
Jedną z takich relacji opisał 24 września 2001 "Dziennik Polski": 

"Generał z Biesnej

Sir Jan Libront - Zostałem kapralem, szkoliłem rekrutów w szkole podoficerskiej. Potem przyszedł Wrzesień, niewola niemiecka, ucieczka z transportu, szlak przerzutowy z Grybowa przez Krynicę do Koszyc i Budapesztu. Byle bliżej armii generała Sikorskiego.
Jechał pociągiem przez Zagrzeb i Belgrad do Aten, przeprawiał się łodzią przez Drawę. Jeszcze rok wcześniej nawet w snach nie przypuszczał, że zobaczy Akropol i Morze Śródziemne. Z Pireusu do Bejrutu płynie na polskim statku "Warszawa". W syryjskim Homs, w miejscu formowania polskich oddziałów, otrzymuje w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Podhalańskich jeden z najniższych numerów - 367.
Z wojennego pamiętnika: "Nad Jeziorem Galilejskim rozbiliśmy namioty na plaży. Tutaj święty Piotr łowił ryby, zanim Pan nakazał mu łowić ludzkie dusze - i tutaj ukąsił mnie skorpion, jakby przypominając, że trwająca wojna zobowiązuje do zachowania czujności. W czasie wolnym od obowiązków zwiedzałem Jerozolimę i Betlejem. Wstyd się przyznać, że większe wrażenie od miejsc związanych z Biblią, wywarły na mnie, widziane po raz pierwszy oczami chłopaka z galicyjskiej wioski, spacerujące bez skrępowania ulicami miasta kobiety w szortach...
Droga żołnierska Janka wiodła dalej przez Tobruk, Gazalę i Bengazi. W Egipcie kończy szkołę oficerską RAF, werbuje się do dywizjonu bombowego nr 300, opływa na statku "Mariposa" Afrykę, szkoli się na pilota w Wielkiej Brytanii, uczestniczy w nalotach na Rzeszę. Po wojnie osiada w Kanadzie."

To jedyna odnaleziona relacja przerzucanego wprost wspominająca przerzut szlakiem grybowskim. Kilka znanych z przekazów ustnych wątków nadal podlega badaniom. Artykuł będzie z pewnością podlegał aktualizacji w razie odnalezienia nowych źródeł.

Kraków 25.07.2021