Wspomnienia Barbary Młott-Mąkosy
o dawnych mieszkańcach Grybowa

Jan Młott

Basia Młott, Otka Kohn, Jadzia Głogowska, Krysia Kwiatkowa, Wisia Juszek, Janka Gardulanka

 Prezentuję zapis dwóch kilkugodzinnych wywiadów, jakie przeprowadziłem z panią Barbarą Młott-Mąkosą we Wrocławiu w roku 2014, wzbogacony notatkami Mamy i zdjęciami, jakie przesłała córka p. Ewa Garcelon. Dziękuję za kontakt i dobre słowo także synowi p. Sewerynowi Mąkosie.

Wspomnienia, jak na osobę w czasie przedwojennym i wojennym nastoletnią, są historycznie spójne, poddane weryfikacji archiwalnej okazują się zadziwiająco dokładne, jedynie w niewielkiej części osoby z jednej rodziny są przypisane do innej. Uwagę zwraca pamięć o detalach dnia codziennego oraz plastyczność opisu, co sprawia, że możemy niemalże przenieść się w tamte lata i tamten świat. Zapis nie jest chronologiczny, przeplatają się w opowiadaniu lata przedwojenne i wydarzenia z czasu okupacji. Pani Barbara, jako nauczycielka historii we wrocławskim liceum, przechowała przez ponad 70 lat i uznała za szczególnie ważne wspomnienia i pamiątki po swoich żydowskich koleżankach, sąsiadach i znajomych, którzy zginęli w Zagładzie. Jest również sporo innych wspomnień. Zapraszam.



Żydzi - mieszkaliśmy wśród nich; w Grybowie było ich około 1,500 - bogaci i bardzo biedni.


Grybów to mała miejscowość, ja się przeważnie wybawiłam z Żydówkami. Chorowałam, a mama uzgodniła z mamą Lajki, Żydówką, że ona będzie ze szkoły do mnie przychodzić do domu, będzie mówiła co tam w szkole, różne plotki. Byłam na bieżąco z nauką. Czwarta, piąta klasa. Lajka mieszkała przy Sądeckiej ulicy, trochę wyżej, za stolarzami, takim domem polskim. Ja się z nimi wybawiłam i na ulicy, w klasy grałyśmy.

 

Zośka Herbach - zastrzelili jej ojca, leżał przed domem, tuż przed drzwiami, pod miastem, przy ul. Grunwaldzkiej naprzeciwko domu Gardułów. Dała mi świadectwa szkolne i mówi: "jak przeżyję to mi oddasz". Zawsze je z sobą woziłam. Przekazałam je w końcu do Muzeum Holokaustu, nie mieli takich świadectw. Ja siedziałam w gimnazjum z Zośką Herbach, Rózią Hirschfeld i jeszcze Luśką Hollender. Dwie uczyły się dobrze, Luśka ciągle płakała i była słaba. Mieszkała u babki, czyli że nie rodowita grybowianka. 
 

Hirschfeld z rodziną zdążyli przed wojną wyjechać do Stanów.

Poniżej świadectwa Zofii Herbach podarowane przez p. Barbarę do Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.

Jan Młott
Jan Młott
Młottówny i m.in. Łaca Herbach nad Białą

Maria i Barbara Młott, Łaca Herbach - leży podparta na kamieniu

Katarzyna ze Stępkowiczów Młottowa

Klasa Marysi (druga od lewej w 1. ławce; 4. Łaca Herbach, 5. Sara Scher)

Barbara Młott na czele, w tle wiadukt w Grybowie

Sara Scher, córka rzeźnika z ulicy Siołkowskiej

Barbara Młott pierwsza od prawej

Łaca Herbach i Barbara Młott obok starego mostu kolejowego

Przed remizą w Grybowie

Maria Suchanowa prześladowana na rynku za pomoc Żydom w getcie

Przed remizą w Grybowie

Hinda Goldman z ul. Węgierskiej, arch. Yad Vashem

Przed remizą w Grybowie

Juliusz Kohn, brat dra Henryka Kohna, arch. Yad Vashem

Przed remizą w Grybowie

Tablica nagrobna Marka Ameisena na grybowskim cmentarzu

Przed remizą w Grybowie

Recepta od dra Henryka Kohna, Grybów

Przed remizą w Grybowie

Wnętrze grybowskiej mykwy, arch. American Joint Distribution Committee

Przed remizą w Grybowie

Pomnik w miejscu masowego grobu roztrzelanych w Białej Niżnej 360 Żydów z getta w Grybowie

Inna Lajka, przy ulicy Sądeckiej niedaleko, miała knajpkę. Chodziłam tam jako dziecko po lody. Tam był bilard, studenci siedzieli. Jak wieźli Żydów z Nowego Sącza do Treblinki - czy do Bełżca? - ja przypadkowo stałam przed szlabanem koło Ziółki - to ta Lajka przez okno machała, ta, która miała tę knajpę. Taka czerwona była, oni się tam gotowali w tym upale, i ja jej też pomachałam i tyleśmy się widziały. Naprzód ich wywieźli do Sącza, potem tam ich gromadzili i później dopiero przez Grybów. Pamiętam tylko ten jeden transport.  
 

Moja siostra Maryśka miała dużo koleżanek z gimnazjum. Lacka Herbach, wysoka, warkocze. Mieli taki zajazd-szynk, tam gdzie dziś "Kaskada". Mam ją na zdjęciu nad rzeką, stoi w takim kostiumie kąpielowym. Często u nas bywała, a zwłaszcza gdy biło się świnie. Lacka bardzo lubiła świninę - kiełbasę, a im religia zabraniała. W starym domu okna trzeba było zasłonić, bo zza płotu zaglądała "Bielaska". Przyjaźniła się z Reinkraut - było ich dwie. Siostra Janka miała na studiach filozofii klasycznej koleżankę Itę Goldman - elegantka. Jej towarzystwo to już inteligenci, a rodzice - handlarze krów. Uczciwi i tacy solidni - wg informacji Mamy. 
 

W żydowskiej uliczce: Ida, Jojna i Wojna, ci dwaj ciągle się kłócili. Myśmy się po nazwiskach nie znali.
Córka adwokata, oni się Friedmann chyba nazywali, ona też tam poszła.

 

Co piątek przyjeżdżał Hamann, szef gestapo z Nowego Sącza. Raz przyjechał, był ubrany nie w mundur, ale w zgrzebne ubranie, marynarkę i czapkę z lnu. Kogo na ulicy spotkał, jakiego Żyda, to zastrzelił. Pamiętam ten dzień, tu gdzie się przechodziło od Ziółki do Żydowskiej Uliczki, to kogo spotkał, tego strzelał.
 

Całą noc ich spisywali, taki krzyk był, kto ma iść, kto ma zostać, bo stary jest - taka segregacja. Noc była burzliwa. Tam był adwokat z żoną. Mój brat Adam to słyszał bo całą noc tam warował. U nas było to słychać co się tam dzieje, jaki to krzyk, jaki gwar tam był. Myśmy nie spali całą noc, taki jęk i płacz tam był. 

Mój brat to wszystko widział, ukrył się w zbożu przy drodze do Sącza za Figurką. Na ganku gimnazjum w rynku grał patefon przez głośnik, a oni - z tobołami, wózkami, konwojowani w tym upale szli do Nowego Sącza 21 kilometrów. Już tam w wózeczku (dwoje bliźniąt) urwały się kółka i tak matka, krawcowa, Goldman Ity siostra, wlokła wózek. 
Przed Nowym Sączem kilkoro zażyło cyjanek. Najpierw córki, potem matki, na końcu mężczyźni. Chyba zdawali sobie sprawę, niektórzy myśleli, że na Ukrainie będą pracować, ci wierzący mówili, że to koniec. Tam w Gródku dwieście osób zastrzelili - wszystko było pijane, granatowa policja - podobno tam był i burmistrz. Po kilku dniach musieli tam sypać wapno, gdyż to się podnosiło. Przecież tam byli jeszcze żywi ludzie. 


Żydzi mieli bardzo ładne dzieci. Koło nas to Birkenfeld, Bielawski żeśmy go nazywali. Szklarzem był. Tam był Duwyd, czyli Dawid. Na głowie nosił gierytko. Mój brat lubił mu icki, te koło głowy pejsy, przykręcić. Stary Bielas, Birkenfeld, on chyba wymodlił się, że zmarł jeszcze przed tą całą tragedią... Ciągle siedział przed tym starym domem: jak on się kiwał, jak on się modlił! Bardzo się modlił. Moja mama później powiedziała: "on się wymodlił, żeby uniknąć tych cierpień". Za płotem, gdy mieli święta "kuczki", tam sobie maili zielonymi drzewkami, siadali na ławach i jedli. Macę do nas przynosili, mama nie chciała, a jak lubiłam. To mąka i woda tylko przecież. Bielaska była paskudna, miała grube okulary, nazywali ją "Doktorką". Mieli córkę Hankę i starszą Beilę. Gdy byłam mała to było jej wesele. Był zwyczaj, że panna młoda, czy młodzi, wchodzą pierwsi pod baldachim. A tu wpadł syn Mendel Bielas i stary Bielas złapał lagę i prał. Mendel szybko znikł, poszedł w Kraków czy Tarnów, coś tam ukradł i chyba siedział. Drugi, Chaim, też kręcił się po Krakowie, ponoć jako wolny słuchacz chodził na wykłady na prawo - tak opowiadał. Nie mieli wykształcenia, nawet nie wiem czy podstawówkę. Jak Mama pojechała do Lwowa (może 1 tydzień?) to Bielaska albo przychodziła, albo pukała do drewnianego płotu: "Adaś, ucys się?". Ja bawiłam się lalkami lub grałyśmy w klasy, lub piłką odbijaną na ścianie, jeśli była pogoda to na zewnątrz, jeśli deszcz to u nas w sieni. Hanka była cicha. Kołysałyśmy się na koniu. 
 

Dalej w podwórku za Bielaską, ale jeszcze i za naszym ogródkiem, mieszkała Mariamesterka. Jeden syn, szewc, naprawiał nam buty (potem kupił nasz dom). Pinkas sprzedawał na rynku na szklanki pestki słonecznika, dyni i bukwi. Niezbyt z nimi było dobrze, stara była niezgodna, jej mąż względny, chociaż mało go pamiętam. Była i Estera, ładna, ale szybko z domu poszła. Tołba - chyba coś szyła, wyniosła się do Krakowa. Zakochał się w niej Polak, ale z wojny nie wrócił. W Krakowie ukrywał ją także Polak, ożenił się, mieli pięknego syna. Po wojnie przyjeżdżała do Grybowa na wakacje i o tym opowiadała. Później urwał się kontakt, gdyż na wakacjach w Rabce pies polizał palce - zakażenie, za późno było, dziecko zmarło w strasznych męczarniach. 


Kilku było bogatych, czy adwokat Finkental, czy dentysta Wieder, co mi zęby naprawiał drucikiem. Beseny byli, Ameiseny. Besen miał dwie córki starsze ode mnie, jedna miała na imię Rut. Jedna wyjechała tuż przed tragedią do Palestyny. Ameisen to był przechrzta, moi rodzice się z nimi przyjaźnili, to byli bardzo mądrzy Żydzi. Myśmy nie mieli radia, jak Kiepura śpiewał to myśmy tam szli. Ciasteczka, herbatka i gadka. To byli bardzo przyjemni ludzie. Matka była bardzo ładna. Mieli trzy córki, kształciły się. Dwie były wysokie. Trzecia Staszka - wypisz, wymaluj buzia tatusia. Ktoś w Krakowie wskazał za wygląd. Nie wolno było w Krakowie chodzić, ona chodziła i ktoś ją wskazał, i tam ją na ulicy zastrzelili. Ameisena zastrzelili niedaleko domu doktora Kohna, koło Plant, przy takim małym mostku. Zastrzelił taki policjant grybowski, Kubala, na oczach żony. Ona okropnie krzyczała. To było bardzo kochające i szanujące małżeństwo. Jak Kubala wiózł ją do Sącza, to ona mu przepowiadała śmierć. Ja się nawet z Danką Kubalanką kolegowałam. Nie zdawały sobie te baby sprawy - ubrane w futra, cholewy, skóra - to była bida kiedyś. Kubala przechodził koło szpitala w Sączu i tam go partyzanci z Armii Krajowej kropnęli w brzuch. Byłam na pogrzebie - obstawione policją.
 

Adwokat Friedmann - jedna córka, żona elegantka, krakowianka. W okresie okupacji zaraz na wstępie z Krakowa przyjechała jej siostra z mężem lekarzem i córką. Tuż przed Sączem, kiedy inni szli w przedostatnią swoją drogę, podobno zażyli truciznę.
 

Przy końcu Sądeckiej byli z jednej strony Firerzy, ci byli bogatsi, a po drugiej Kriegery. O Kriegerze mówili, że był trochę narkoman i hazardzista, dużo przegrywał, mówili, w Sopocie i Monte Carlo. Który to był Dolek? To był germanista, ale nie mógł znaleźć pracy. Romansował z dwiema polskimi paniami. On się podobno ukrywał w lasach, przeżył i wrócił do Grybowa. Ale do niego strzelali, więc wyjechał. Był dyrektorem gimnazjum w Bielsku. 
 

Mieszkały obok nas przy Sandeckiej ulicy także krawcowe, Hanka, która za starą matką w selekcji poszła na lewo i wśród dwustu osób w Gródku zastrzelona. Natomiast Rózia - romansowa, ładna - zakochał się w niej taki urzędnik sądowy, Wesper się nazywał. W Grybowie przed wojną był sąd. Ona była bardzo przystojna, ładna. On ją jakoś w Sączu z tego wszystkiego wyrwał i wywiózł. Mój brat Staszek ją potem spotkał w Paryżu w drodze do Stanów. Róża Hirsch miała ojca w Ameryce, ja go nie znałam, nigdy go nie widziałam w Grybowie.  
 

Starsze Żydówki strzelali w Gródku. Niektóre córki nie chciały opuścić matek. 

Nie było żadnego antysemityzmu, żeś "Ty Żydówka, a ja nie". Rano była modlitwa one stały z rękami na piersi. Jak była religia w środku lekcji, Żydówki wychodziły na korytarz, 45 minut przeczekały. 

W ogóle Żydzi jak poszli, jak przyszło się do rynku, to taka pustka... Jak makiem zasiał. Tyle ubyło ludzi. 

W rynku, jak maszerowali, to grali im wesołą muzykę, celowo. Straszne czasy były.

 

Doktor Kohn - u mnie ciągle był, byłam bardzo chorowita. Ale nie tak jak Polak, że najpierw pieniądze na stół. Kobieta mogła krwawić, nie ruszył. A Kohn nigdy nie prosił pieniędzy, to był bardzo porządny facet, uczciwy i przyjazny. On uciekł do Rosji, wraz z bratem i siostrą, na początku wojny, ale po wojnie wrócił i ja nawet u niego byłam ze starszą siostrą i ją leczył. Miał gabinet lekarski we Wrocławiu, w środku miasta. Moja siostra miała czerwonkę. On ją leczył, grosza nie wziął. Potem wyjechał do Izraela i tam się ożenił i krótko żył. W Grybowie miał dużą kamienicę obok plant. Miał otwartego Forda. 
 

Rebeka-Stasia Wojniłower, Żydówka rumuńska, bardzo zdolna. Ze mną trzecią i czwartą klasę przerabiała. Nie mam jej zdjęcia, nie wolno było mieć aparatu fotograficznego. Rodzice Stasi potem dzwonili do mojej siostry Janki, co ze Stasią. A ona poszła ze wszystkimi.  Była bardzo zdolna. To się jej nosiło: to mleko, to masło, to mama jej upiekła kurczaka, bo ona pieniędzy nie chciała, tylko żywność. Ale było jej bezpiecznie, bo Żydzi się musieli meldować w każdy piątek, na półpiętrze tam u Kohna, a ona mieszkała na górze, na ostatnim piętrze. Jakoś chodziłam z książkami, z torbą tekturową i ona mnie tam przygotowywała. Studiowała tak jak moja siostra filologię klasyczną. Póki mogli, w zimie, w moich butach, w moich spodniach i na moich nartach jeździła. I do Sącza jak szli, to w moich butach poszła, w moich spodniach... a mnie zostawiła dwuczęściowy żakiecik.
 

Żyd jak umarł, to czy pioruny biły, czy lało, czy zima, to natychmiast był pogrzeb. Nawet śnieżyca, zawieja - z latarkami szli, mężczyźni. Na cmentarz, tam do góry się szło. Nieśli na takich drewnianych nosidłach, przykrytych czarnym płótnem. Nikt nie dewastował cmentarzy, czy to był żydowski, czy polski, to była świętość. Na to miejsce mówiliśmy Kierków. Tam były paszkowskie pola. Ktoś to teraz ogrodził, ja tam parę lat temu poszłam, nazbierałam kwiatów, położyłam na tym ogrodzeniu, bo ja pamiętam tamte czasy. Przed wojną tam się chodziło na spacery, bo tam był bardzo ładny widok na Grybów. 
 

Na rynku były takie wielkie dwie cembrowiny z wodą. Jak Niemcy wkroczyli, to tam Żydów kąpali, pejsy obcinali, brody golili i robili zdjęcia. Może w pół roku, czyli wiosną 1940 r. - musieli nosić opaski z gwiazdą i mieszkać w bocznych uliczkach. 
 

W rynku był sklep żelazny - Szajn. Ojciec Szajnowi wszystko wypłacił do budowy domu, zamki, zawiasy i różne materiały budowlane. Oni mówili: "po co pan płaci, jak przeżyjemy to pan zapłaci". Żona Szajna była bardzo gruba. Jak w poniedziałki był wielki targ, to skarżyła się mamie na targu a mama: "pani Szjanowa, proszę przyjść do mnie do ogrodu, nie musi pani jechać do Rymanowa na odchudzanie, u mnie w ogrodzie pani popracuje, to pani zaraz schudnie". Śmiała się. Fajni byli. Mówili po polsku dobrze. 
 

Żydzi nigdy się nie obrażali, byli raczej przychylni, chociaż i impertynentni.

Mieli dwie bóżnice, jedna obok szkoły męskiej, koło rzeki. Druga koło kościoła w Żydowskiej Ulicy. W uliczce żydowskiej mieli łaźnie - tam w piątek kąpiel, ale chyba tylko męska. Tam też była rzeźnia, raz tylko pociągał, wyspecjalizowany rzezak. Jedli cielęcinę, kury, kaczki i gęsi. Trudno mi powiedzieć o ich obiadach, bo nigdy nie byłam. Na sobotę musiała być kura, chałka, ciasto z borówkami. Przywiązywali dużą wagę do jedzenia. Mieli swój kahał - tam ci biedni pobierali podobno zapomogi. Wszystkie sklepy zamknięte, rano szli do bóżnicy. Mieli białe skarpety, kapelusze z rudym futrem. Materiały błyszczące, czy z połyskiem. Długie pejsy, broda - ale byli też nowocześni. Kobiety, te ortodoksyjne - głowy golone tak, że na codzień nosiły chustki zawiązywane z tyłu głowy, na siabys ubierały peruki z prawdziwych włosów - ale to stare Żydówki. Ubierały się pięknie - kolorowo - futra. W sobotę na głowie miały coś w rodzaju opasek - bindy z nitką złotą, szale. 
 

Goetze mieli tartak na Równiach. Był taki bardzo ładny chłopak, chyba jedynak. Wnuk Goetza, on cholernie dobrze się uczył, fenomen. Siedział w pierwszej ławce. 
 

Szander Weiss, codziennie do nas przychodził po gazety. Biedny, porządny żyd, handlował jajkami, woził do Krynicy. Codziennie rano chłopi czekali z kurami, byli umówieni, potem pakował te jaja i woził na wieczór do Krynicy. Mówiliśmy na niego doktor Szander Weiss. Miał córkę Chanę, inne powychodziły za mąż, ona nie wyszła za mąż, bo nie miała posagu, a nie była brzydka.
W gazecie robił taką reklamę, że dostarcza to i owo. A ponieważ mieszkał blisko kolejowego dróżnika, który miał telefon, to on właśnie ten numer podawał. Kolejarz go wołał,     on przybiegał z córką i mówi: Chana, pisz, a ona miała widelce i niby pisała na maszynie. On zawsze uśmiechnięty, nigdy się nie obrażał. Zawsze mówił, że są dwaj święci - św. Tomasz tzn. "to masz" i św. Adam, tzn. "ja dam". 
Zastrzelili go gestapowcy w gorący dzień letni; niespodziewanie dżipem przyjechali z Sącza - kogo spotkali to strzelali. 
 
Obok nas była uliczka - handlarze końmi - czy to nazwisko Jojna? - wysocy, "smoki-Żydy". Ich siostra Ida była tak pyskata, że ciągle się kłócili - słychać ich było do rynku.  

Dwie nauczycielki Żydówki, jedną żeśmy "Szlojminą" nazywali. Trudności miała z dyscypliną. Musiała uciekać z Grybowa, bo wybijali jej szyby w oknach, potem przyszła druga, germanistka. 

Gruba Ryfka - potwór - miała sklep przy Sandeckiej. Tuż przed wojną do niej przyjechała córka z Ameryki z dziewczynką. Niemcy pozwolili jej przez Austrię wyjechać. 
Dorka tam niżej. Jedna była, co się przechowała pod Chełmem, w ziemiance, to później zapisali ten dom, naprzeciwko Boluków.  

 

W rynku był Fink, robił wino, szynk miał Faber. Gwar - chłopstwo, tam nie było żadnej grandy ani bitki, bo Żyd jakoś zawsze umiał załagodzić i uciszyć. Sienią można było przejść na drugą stronę do Żydowskiej Ulicy. Burzliwie było w dzień targu, ale nie widziałam pijanych i bijących się. 
Gdy już nie wolno im było przebywać w rynku, to zaproponowali Mamie, żeby to poprowadziła szynk. Często ja lub Janka tam szynkowałyśmy - niby to było nasze. Ale taki sprzedawczyk, który miał też w rynku interes, spowodował, że raz gdy ja tam byłam i Janka, wpadła niemiecka policja. Prychłam do domu. Nie pamiętam jak to się skończyło, on to przejął. Maryśka rozmawiała z gestapowcem Swobodą - Austriak - ale nic nie dało się zrobić. Wszyscy poszli "na mydło" - taki 16-letni, chodził z Adamem do szkoły, pracowali razem na budowie drogi wokół jeziora w Rożnowie. Mama rodzicom obiecała, że zawiezie mu żywność. Pojechała tam, widziała się - ale chyba wszystkich wykończyli później. Jak Mama tam dotarła - tylko tyle wiem, że bała się płynąć łódką, chyba szła obrzeżami, ale obiecaną pomoc spełniła. 

 

W poniedziałki był jarmark na rynku, do godziny trzeciej. Później z góry pędzili bardzo dużo świń na stację kolejową, wsadzali je od razu na lory. Handlowali Warzechy i Szpakowscy. Potem było sprzątane i zamiatane. Godzina w pół do czwartej było już tak czysto, że można ciasto robić. Pilnował porządku policjant Boluk. Na jarmarku kupowaliśmy jajka, masło, sery. Sery były na deseczkach, można było próbować. Garnki gliniane wyrabiała taka kobieta z Sądeckiej. Rusini sprzedawali suszone grzyby, tyle malin, jeżyn, poziomek.
 

Łemkowie, myśmy ich nazywali Rusinami. Potem była Akcja Wisła i ich wyrzucili. Po co? To byli tak dobrzy ludzie, tak spokojni, tak uczciwi. W okresie wojny, myśmy mieli ubrania. Wieś miała jedzenie, nie miała ubrań. Myśmy z siostrą jechały na rowerach tam za Kąclową i tam kupowałyśmy gotowe placki. Można było w nocy jechać, nigdy nic się nie stało. Jeden z nich przeprowadzał ludzi przez "zieloną granicę" na Zachód. Wilczacki z Florynki, to było opisane w "Tygodniku Powszechnym". Za to Niemcy go zastrzelili. Wyrzucili ich w okresie żniw. Zostały pola niezebrane.
 

Suchanowa - pod miastem miała gospodarstwo, bardzo droga ale czysta. Żydzi nie mogli wychodzić z tych uliczek - a trzeba jeść. Żydom nie wolno było sprzedawać mleka. Pod miastem taki potoczek przepływał. Ona tam mleko sprzedawała. Pamiętam w niedzielę słoneczną, kiedy rynek pełen ludzi, przebrali ją i przez rynek prowadzili. Zamiatała, dwie tablice przez szyję przewieszone z przodu i z tyłu z napisem "nie będę sprzedawała Żydom". Szła pewnie. Zapewne robiła to dla forsy - różnie to ludzie przyjmowali.

Myśmy też pomagali, codziennie do nas przychodził ten Szander Weiss. Pomagało się, jedzenie, to i owo. Nie można powiedzieć, że ludzie byli tacy zimni. 
Grybów był ich pełen, ponieważ z tych uzdrowiskowych miast musieli wybywać. Nocami co mogli to palili. Wcześniej musieli oddać futra. Tak samo jak i Polacy - narty. Mieli swoją policję - która była bardziej gorliwa jak granatowa. Ganiali swoich - a już po wszystkich zastrzelili ich na Lizawach. Chyba było ich sześciu. Uwijali się - myśląc, że tym wykupią swoje życie. 

 

Należałam do Czerwonego Krzyża i do harcerstwa. 2 kilometry za Grybowam, obok figurki Matki Boskiej był krzyż, pamiątka powstania z 1863 r. Tam przed rocznicami szło się w capsztyku. Były wielkie uroczystości na rynku i w "Sokole". Po śmierci Piłsudskiego wiersz deklamowałam. Na Piłsudskim się wychowałam, w sypialni na ścianie taki Piłsudski był.
Kongres Eucharystyczny, to był 35. rok. Była piękna pogoda, dużo ludzi nocowało u nas na podwórku. Było przepięknie, ludzie zjeżdżali z okolicy. 

 

Nie było lodówek, w zimie pod Caritasem rąbali lód na rzece. U Grzegorczyka była lodownia w piwnicy, wszystko było świeże. Grzegorczykowie mieli wielki zakład masarski. Myśmy wędliny u nich kupowali. Grzegorczykowa miała taki majcher, nóż - jak ona potrafiła ukroić cieniutko, to nikt nie ukroi, rano przed lekcjami biegłam do pani Grzegorczykowej, żeby mi ukroiła szyneczki do szkoły. Oni nie byli tacy drodzy, jak Bernaccy, obok kościoła. Bernaccy głównie do Krakowa i do Krynicy dostarczali. Zbyszek Bernacki, on był stamtąd, przyjaźnił się z moim bratem Staszkiem. Na imieniny chodzili na szczudłach. 

Był jeszcze rzeźnik Scher. Córka Schera kończyła studia z moją siostrą. 

Krawiec Lipczer miał bielskie ubrania. Myśmy się tam ubierali. To znaczy chłopcy i ojciec. Na raty, bez procentu. Jak później kończyło się ich życie, to ojciec wszystko Lipczerom wypłacił, do grosza. Zawsze słyszałam, że to pobożni i uczciwi. Córka coś studiowała, chłopcy służyli w wojsku, trudno im było się od tego wykręcić. 
 

Ubieraliśmy się też u Kleimana, tam były sukienki - w rynku, po schodkach. Piękne jedwabie, żorżety - wszystko naturalne, nie znano jeszcze sztuczności. Kleiman był paskudny i rudy, krótki zarost, zielone oczy. Buty kupowaliśmy u Hindy, pod miastem. Buty męskie, damskie. Na francuskim obcasie, zwykłe wiedeńskie, lakierki, nie podróbka, zaszywane, śniegowce i deszczowce, na guziki, a już tuż przed wojną na zamek. Przynosił kilka par do domu.
 

Trania miała pasmanterię w rynku na górze, od niej miałam sweterek w szachownicę biało-malinową, w tym sweterku deklamowałam.
 

Pieczywo kupowaliśmy trochę u Myśliwca i trochę u Greimana, przy Sądeckiej ulicy. W rynku był tylko jeden polski sklep. No i Składnica. Mój ojciec z Kosińskim byli dyrektorami. 
Każdy zakup ekspedientka zapisywała w zeszycie. Czasy były ciężkie. Kupowało się na zeszyt, a później rodzice regulowali. Żydówka przy Siołkowskiej miała sklep: szwarc, mydło i powidło. Krzyczała: "Józefowo, nie martwcie się, że nie macie pieniędzy. Przyniesiecie mi tu pół miarku pszenicy".
Biedni sprzedawali bukwie, słonecznik w gazecie. Taki Pinkas cały dzień stał na ulicy i sprzedawał pestki słonecznika, dyni i bukwi. 

 

Na wsi była bieda, cukru nie widziały dzieci, więc tym sposobem coś mogły kupić. Naprzeciwko gminy, tam gdzie Filomena nie raz siedziała na takich schodkach, tam był sklep zwany dziś spożywczy. Myśmy tego Żyda nazywali "Sacharyniarzem". Monopol cukrowy i zapałczany obowiązywał, a on chłopom sprzedawał sacharynę (dziś słodzik) i kamyczki do zapalniczek (zapałki były droższe). Za nim chodzili tajniacy. I raz widziałam jak gonił go tajniak. 
 

Paszkowa trafiła do Oświęcimia za przechowanie w browarze żydowskich przedmiotów. Ktoś ją zdradził. W obozie pomagał jej Kmak, on zginął. Na stawie u Paszkowej jeździło się na łyżwach, czasem po drugiej stronie, naprzeciwko browaru, urządzała festyny. Zaraz po wojnie, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, zabito małżeństwo pracujące w browarze, w drodze do kościoła. Oni byli piwowarami. Kto to zrobił, tego nie znaleziono.
 

Ze Stefką Haimanówną chodziłam, ona była superzdolna. Mieszkała tam koło dworca. Raz na dwa tygodnie tam byłam proszona. Tam były kucharki, gospodynie. Taki Franek do szkoły ją przyprowadzał, teczkę jej niósł. Raz spotkałyśmy się po wojnie.

 

© 2020 stowarzyszene Saga Grybów