• Kamil Kmak

Ferenc Molnár - Na wzgórzach u artylerzystów: Grybów, styczeń 1915


W czasie I wojny światowej Ferenc Molnár, znany nam przede wszystkim jako autor "Chłopców z Placu Broni", pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, był węgierskim korespondentem wojennym w Galicji. W zbiorze jego reportaży "Egy haditudósito emlekei", wydanym niedawno w Polsce pt. "Galicja 1914–1915. Zapiski korespondenta wojennego", znajdujemy wspomnienia z przyfrontowego pobytu w Grybowie i odbywanych stąd "wycieczkach" na linię frontu austriacko-rosyjskiego, o czym pisaliśmy już kilka lat temu. Po bitwie pod Limanową i oswobodzeniu Grybowa z rąk Rosjan w grudniu 1914, front przebiegał między Grybowem a Gorlicami; tam zatrzymał się do słynnej Bitwy Gorlickiej. Fragment reportażu ze stycznia 1915 r., który za chwilę zamieścimy, ilustrujemy po raz pierwszy publikowaną fotografią, przesłaną do nas z Kanady. Żołnierz z lewej to grybowski Żyd Dawid Gottlob, syn widocznych na muralu naszego projektu z Arkadiuszem Andrejkowem, "Cichego Memoriału - Grybowskiej Sagi", znajdującego się przy ul. Kilińskiego obok bazyliki i synagogi, Jakuba Markusa i Friemety Lieby Gottlobów, a brat Dory Kapner zd. Gottlob. Fotografię przesłała w imieniu 95-letniej córki Dawida Gottloba, pani Ruth Gottlob-Katz, jej córka Floralove Katz z Ottawy. To niezwykłe, jak fantastyczne grybowskie pamiątki rozsiane są jeszcze w różnych zakątkach świata Galicyjscy i grybowscy Żydzi tak samo jako chrześcijańscy Polacy zaciągani byli do wojska austriackiego.

Oddajmy głos Ferencowi Molnárowi, którego opis działań wojennych, wrażeń i uczuć naocznego świadka, oszałamia bogactwem detali i literackim pięknem:

"Kraków, styczeń 1915. Po opieką kapitana Roberta Michela, autora wysmakowanych powieści, jedziemy do szóstego korpusu, do Grybowa. Jedziemy drogą okrężną, bo kapitan chce nam pokazać Kraków, miasto, które odetchnęło, a które jeszcze nie tak dawno słuchało zbliżających się grzmotów, a potem, coraz bardziej oddalających się armat rosyjskich. [...]

Grybów, styczeń 1915. Ostatnie dwadzieścia pięć kilometrów pokonaliśmy pociągiem w ciągu szesnastu godzin, ciągle musieliśmy stawać, bo przed nami jechała amunicja. Jesteśmy na miejscu, lecz miasto znajduje się w tak opłakanym stanie, że nie sposób nigdzie się zakwaterować, będziemy więc mieszkali w wagonach. Zameldowaliśmy się w grybowskim klasztorze u generała Arza, dowódcy korpusu koszyckiego. […]

NA WZGÓRZACH U ARTYLERZYSTÓW

Grybów, styczeń 1915. Piękna pogoda. Z bardzo daleka dobiega odgłos, jakby ktoś usilnie wbijał gwoździe w skrzynię. […] ruszamy na wzgórze głęboko wyrytą drogą. Na prawo i na lewo, wszędzie dziewiczy śnieg. Śnieg. Tylko droga jest błotnista, rozmokła. Teraz słyszę już nie wbijanie gwoździ, lecz wyraźny odgłos armat. Trzy rodzaje dźwięków: głębokie dudnienie, przeciągły, jakby podtrzymany pedałem, ryk, to haubice. Bardziej żwawe, dzikie, gwałtowne dudnienie armaty polowej. Tępe, złośliwe, wartkie stukanie, jakby jakiś wściekły olbrzym tupał na wielkim podium: Rosjanie. A gdy wspinamy się na górę po łagodnie wznoszącym się stoku, panuje śmiertelna cisza. Powtarzam i podtrzymuję: śmiertelna cisza, choć tylko po naszej stronie pracuje czterdzieści osiem dział. Otóż, jest to coś, czego nie sposób sobie wyobrazić. To dzikie, gwałtowne dudnienie przelatuje jakoś nad górami, niczym grzmot. Niżej cisza. Słyszę jak chlupią buty w błocie. I słyszę ciężki oddech oficera, kiedy wspina się pod górę. Bezkresny spokój. I wszędzie, gdziekolwiek nie spojrzę, biel. […]


Musimy zboczyć z drogi i teraz brniemy przez śnieg. Nade mną czyste, niebieskie niebo, tak jaskrawoniebieskie, jak austriackie jeziora na pocztówkach. Nagle, w górze, blisko samego szczytu pojawiają się trzy postacie w śnieżnobiałych płaszczach. Stoją w odległości około dziesięciu kroków od siebie. Środkowa wyciąga ramię, jakby modliła się lub wygłaszała kazanie do gór i dolin. Patrol w płaszczach śnieżnych. Środkowa postać daje znaki żołnierzom z innego wzgórza. A teraz trzej ludzie z bronią na ramieniu i w białych, sięgających po kostki płaszczach, stanowią zupełnie nowy, wzniosły widok. Stoją na wzgórzu pod bezkresną błękitną kopułą, jak pogańscy kapłani wojny. W pobliżu unosi się z ziemi niebieskawy dym. Jakby jakiś cud czekał na mnie tam na górze. Dym jest tak wonny, że muszę się zatrzymać, wciągnąć, powąchać. Kilka dziur w ziemi, z każdej unosi się ten kadzidlany, delikatny, pachnący dym - to artylerzyści palą w swych podziemnych mieszkaniach świeże gałęzie świerkowe. Ze śniegu wystają małe, żelazne kominy i to właśnie z nich dobywa się ów żywiczny, wigilijny, święty zapach kadzidła. […]

Dziewiczo biały szczyt wzgórza, trzy biało odziane postacie, żywiczne kadzielnice, bezkresny błękit nieba... i te organy, te pomruki, które - jak daleki grzmot - przelatują, zanikając nad górami, to znów gwałtownie potężniejąc, niczym nagły dźwięk basów kościelnych organów. Idę dalej, nawet nie spostrzegam, że już jestem przy okopach. […]


Przez dziurę wychodzi z ziemi oficer. Mówi coś, czego nie rozumiem, po czym wraca tą samą drogą do ziemi. Dwaj artylerzyści podbiegają do innych dziur i krzyczą coś w głąb. Nagle, jak mrówki spod muru, spod ziemi wybiegają, jeden za drugim, gęsiego artylerzyści. Po chwili już siedzą na siodełkach armat, klęczą przy skrzyniach z amunicją. Oficer znowu wyłania się z dziury – tam cichutko brzęczy polowy telefon - mówi po węgiersku, ale rozumiem tylko pięćdziesiąt trzy. Klęczący artylerzyści rzucają się z jakimś narzędziem przypominającym obcęgi na zapalniki szrapnela i kręcą. Pięćdziesiąt trzy: odległość pięć tysięcy trzysta metrów. Ledwo zdążyłem się rozejrzeć, a już jedna armat wypala. Krzyczą na mnie, żebym otworzył usta. Oficer znowu wyłazi z dziury, coś mówi, teraz odzywa się cała bateria. Jak dźwięki w akordzie, jeden za drugim, sześć wybuchów. Mówią, że rosyjska bateria wystrzeliwuje salwę jednocześnie. U nas zwyczaj jest inny, błyskawicznie, ale po kolei oddaje się strzały. […]


Tu wszystko jest zaskakujące, wszystko jest nowością. I tylko jedna rzecz jest straszna: głos pocisku, gdy wylatuje z lufy i ochryple piszczy w powietrzu. Jest on tak natarczywy, tak przenikliwie krzykliwy, tak zwierzęco okrutny, powiedziałbym, wręcz szyderczy, że - choć od tego czasu słyszałem go wielokrotnie - to zawsze wywoływał we mnie dreszcz. W ciągu długiego tygodnia przywykliśmy do grzmotu armat, towarzyszył nam przy obiedzie i gdy słodko spaliśmy w nocy, lecz do tego złośliwego lamentu tam w powietrzu, nie można się przyzwyczaić. A jest to jeszcze straszniejsze, gdy odzywa się tylko jedna armata. Może to złudzenie, lecz nieraz słyszałem, jak w górze szrapnel histerycznie chichotał. Tak na papierze może się to wydawać dziwne, ale po prostu staram się jak najdokładniej oddać na piśmie to, co słyszałem.


O piątej po południu zapadają egipskie ciemności, więc wracamy do stacji, do pociągu złożonego z lokomotywy i jednego wagonu. Jedzie z nami major artylerii. Teraz już wiemy, że znów toczymy się w „Artillerie-Bereich", lecz nikt nie czuje się źle. Skoro całe przedpołudnie staliśmy obok armat, to czemu akurat teraz Rosjanie mieliby w nas trafić? Nie ma lampy, nie wolno palić cygar. Lokomotywa posiada odiskiernik i ani jej w głowie gwizdać. Oficer artylerii opowiada, że w tej okolicy Rosjanie raz tylko trafili w baterię - granat zmiótł z powierzchni ziemi czterech ludzi. O ile mi wiadomo, na tej ogromnej przestrzeni dotychczas nie było innych strat wśród artylerzystów.

Dotarliśmy do domu, do stacji, gdzie mieszkamy w dwóch wagonach. O godzinie szóstej jest już noc. Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w innej atmosferze. W linii ognia człowiek jest pod jakimś moralnym ciśnieniem, tam umysł jest bardziej napięty i twarze są bardziej sztywne, zdania krótsze, mowa cięższa i oszczędniejsza, ruchy prostsze i bardziej racjonalne. […]

Gdy ten oficer powiedział nam, że opuściliśmy już linię ognia i można zapalić, nagle poczułem, że jestem w rozrzedzonym powietrzu. Jest to jakieś rozczarowanie, nagłe odprężenie napiętych nerwów, zniechęcenie, ospałość i strach. Strach – teraz. I gwałtowne uczucie fizycznego zmęczenia. Tam mi to do głowy nie przyszło.

Skromna kolacja z torby i zasypiamy „w domu”, w wagonach, które służą nam za mieszkania. Z daleka, skąd wróciliśmy, niby nieregularne bicie serca - dobiega monotonny grzmot armat. Teraz, pośród ciemnej nocy ostrzeliwują punkty, które sobie w dzień upatrzyły.”


Wspomniany klasztor, w którym stacjonował generał Arz, to klasztor ss. Dominikanek w Białej Niżnej. Baraki wojskowe w których nocował Feren Molnár, znajdowały się przy dworcu kolejowym w Grybowie i pomiędzy nim a ulicą Zieloną i Grunwaldzką. Nie wiemy kim są pozostali dwaj mężczyźni w jaśniejszych mundurach widoczni na fotografii.

W tym roku w związku z planowanymi przez nasze stowarzyszenie działaniami artystycznymi, będziemy publikować cały szereg fotografii z albumu grybowskiej rodziny Gottlobów, z której jedną możemy podziwiać na muralu przy ul. Kilińskiego


Oprac. Kamil Kmak


Źródło cytatu: F. Molnár, „Galicja 1914-1915. Zapiski korespondenta wojennego”, wyd. MOST, Warszawa 2012.

44 wyświetlenia
Ostatnie posty
Archiwum